Zbrodnia to czysty biznes

Książniczki
29 maja 2016

Mons Kallentoft, autor cyklu kryminalnego o szwedzkiej detektyw Malin Fors, specjalnie dla "Książniczek" o tym dlaczego pisarz musi być czasem jak bryła lodu.

Mons Kallentoft - szwedzki pisarz, który mieszka na Majorce i doskonale łączy skandynawski chłód z hiszpańskim humorem - opowiedział nam dlaczego, mimo świetnych recenzji jego książek, zaczął pisać kryminały i dlaczego jego główna bohaterka tak bardzo przypomina Wallandera. Z pisarzem spotkałyśmy się na Stadionie Narodowym przy okazji Warszawskich Targów Książki.

Książniczki: Co jest najważniejsze w dobrym kryminale?

Mons Kallentoft: Najważniejszą rzeczą - nie do pominięcia - jest to aby zawsze czytelnika zaskakiwać. Trzeba go trzymać cały czas w napięciu. Kryminały to literatura rozrywkowa. Bez tego się nie obędzie.

Czy bohaterka serii pana kryminałów Malin Fors to Wallander albo Harry Hole "w spódnicy"?

Tak (śmiech). Kiedy tworzyłem tę postać, przyjrzałem się temu jak wyglądają inni bohaterowie powieści kryminalnych. To zwykle były właśnie takie postaci "wallanderopodobne".

Dlatego Malin tyle pije?

Tak. Większość bohaterów kryminałów nadużywa alkoholu albo innych środków odurzających. To jest chyba najpopularniejszy typ powieściowej postaci - policyjny detektyw, dojrzały mężczyzna, dużo pijącym pracoholik z rodzinnymi problemami. Pomyślałem, że muszę przy tym pozostać, ale zmienić tylko dwie rzeczy. Płeć i wiek. Malin nie jest starzejącym się facetem tylko młodą kobietą - trzydziestoparoletnią samotną matką. Postanowiłem zobaczyć co się stanie. Czy to chwyci. Takie małe odstępstwo od kryminalnej tradycji, ale bynajmniej nie zerwanie z nią.

A czy kobieca bohaterka jest ciekawsza albo bardziej złożona?

Trochę tak. Szczególnie na początku, kiedy zaczynałem pisać o Malin, było to wyraźnie odczuwalne. Malin jest osadzona w typowo męskim świecie, a jednocześnie pozostaje bardzo kobieca. Dzięki temu mogłem się bawić tą konwencją. Ale teraz już tak o tym nie myślę. Pisarz musi tak samo interesować się każdą z opisywanych postaci. Liczy się to jaka jest ta postać, a nie jaką ma płeć.

Kobiety są lepszymi detektywami?

Dobre pytanie (śmiech). Nie wiem. Ale to całkiem możliwe. Mają lepszą od mężczyzn intuicję, zwykle także więcej empatii. No i przede wszystkim nie mają tak wielkiego ego jak my mężczyźni. A to chyba też pomaga. W szwedzkiej policji kilku najlepszych policyjnych detektywów to właśnie kobiety. Chyba rzeczywiście macie duży potencjał (śmiech). Ale policyjny świat, to wciąż przede wszystkim świat mężczyzn.

Czy pisanie wymaga odwagi? I czy wymaga jej także uśmiercanie bohaterów?

To oczywiście zależy. Jeśli polubiło się swoich bohaterów, to na pewno nie jest to łatwe. Pisząc cykle powieściowe trzeba też być ostrożnym. Czasem żałuję, że uśmierciłem kogoś już w drugiej powieści, bo pisząc kolejne części nagle stwierdzam: "O kurczę, teraz to by mi się ta postać świetnie przydała do fabuły". Ale oczywiście morderstwo to jest oczywiście coś, co nadaje powieści kryminalnej tempo, pozwala utrzymać napięcie. Kiedy ginie nagle jakaś ważna postać, czego się przecież czytelnik w ogóle nie spodziewa, to mamy właśnie ten efekt, o którym mówiłem przed chwilą. Wszyscy zaczynają się zastanawiać nad tym co będzie dalej. Zabójstwo zawsze popycha akcję do przodu. Tworzę fikcję, ale zawsze jestem ostrożny jeśli chodzi o uśmiercanie bohaterów (śmiech).

Lubisz uśmiercać swoich bohaterów? I co na to Twój terapueta?

Ha ha ha. Nie, nie lubię. Nie przywiązuję do tego emocji. To czysty biznes (śmiech). Pisząc powieść trzeba zachowywać chłodny dystans. Powiem więcej, trzeba być jak bryła lodu. Tu nie ma sentymentów. Ale nie jest tak, że jak nie lubię jakiejś postaci, to ją uśmiercam. I nie czerpię przyjemności z uśmiercania kogokolwiek z moich bohaterów. W każdym razie jeszcze tego u siebie nie zauważyłem. I bardzo się z tego cieszę (śmiech).

Czy od początku wiesz, który z bohaterów nie dożyje końca książki czy to jest bardziej dynamiczny proces i podejmujesz decyzje dopiero podczas pisania? Może kogoś przestajesz lubić?

(śmiech) Nie. W tej kwestii nie improwizuję. I nigdy nie jest tak, że postacie które giną w moich powieściach, przypominają kogoś kogo znam naprawdę. I kogo na przykład bardzo nie lubię (śmiech). Zawsze mam bardzo jasną wizję fabuły i wszystko planuję na początku. Robię sobie plan całej historii, piszę streszczenie, które potem rozwijam. Ale czasem, kiedy już jestem w trakcie pisania całego tekstu, decyduję się na zmiany, które sprawiają, że opowieść robi się ciekawsza. Czasem moje postacie potrzebują czegoś więcej niż im zaplanowałem na samym początku. Wręcz się czegoś domagają. Po tylu powieściach Malin stała się postacią obdarzoną pewnym życiem. Nagle w trakcie pisania zaczynam rozumieć, że czegoś jej brakuje. Miłości albo spotkania kogoś, kto wpłynie na jej życie. Czasem takim bodźcem do działania jest też czyjaś śmierć. Myślę, że jakieś 20 procent moich powieści powstaje w trakcie pisania. Reszta jest zaplanowana z góry.

Twoja debiutancka powieść to nie był kryminał tylko opowieść obyczajowa. Czemu zacząłeś pisać kryminały? Dlatego, że są poczytne? Czy dlatego, że zawsze Cię fascynowały?

Jedno i drugie. Moje pierwsze powieści - klasyczne historie obyczajowe - zostały bardzo dobrze przyjęte przez krytykę. Dostawałem nagrody i świetne recenzje w prasie. Był tylko jeden problem. Te książki w ogóle się nie sprzedawały. Wierzcie mi lub nie, ale im lepsze były recenzje, tym książka gorzej się sprzedawała.

To było w Szwecji?

Tak. Mój agent przez rok tłukł mi do głowy, że muszę napisać też coś co się dobrze sprzeda. Powtarzał to jak mantrę: "Pisz kryminały! Pisz kryminały!" Popychał mnie do tego bym uśmiercał więcej swoich postaci (śmiech.) Ja się broniłem. Po opublikowaniu mojej trzeciej powieści, najważniejszy szwedzki dziennik napisał: "To najlepsza rzecz w szwedzkiej literaturze jaka się ostatnio ukazała". Pomyślałem wówczas, że teraz to już na pewno moje książki zaczną znikać z księgarń. Niestety nic takiego się nie stało. Wróciłem więc do mojego agenta i powiedziałem mu: "Dobra, wygrałeś. Spróbuję. Ale nie licz, że to się uda." Tradycyjnie zrobiłem sobie najpierw plan i streszczenie. Przeczytałem i pomyślałem: "Ależ to jest głupie." Pamiętam, że to było latem. Dwa miesiące wakacji siedziałem i pisałem mój pierwszy kryminał. Wpadłem w jakiś pisarski ciąg. I kiedy potem spojrzałem na to co napisałem, pomyślałem, że to jest całkiem niezłe. Zdałem sobie sprawę z tego, że chyba znalazłem swoje powołanie i że to jest właśnie to, co powinienem robić. Byłem z siebie naprawdę zadowolony. I wtedy ta sama gazeta napisała o moim pierwszym kryminale, że to "najciekawsza rzecz w nowej skandynawskiej powieści kryminalnej". Zamarłem jak to przeczytałem. Pomyślałem, że znowu będzie finansowa klapa. Ale okazało się, że następnego dnia nakład książki się wyczerpał. Sprzedały się absolutnie wszystkie. Jednego dnia. Szybko trzeba było zrobić dodruk. A potem kolejny. I kolejny. Maszyny drukarskie stukały, a w tym samym rytmie rosła suma na moim koncie. Niemal słyszałem jak rośnie. Dzyń dzyń, dzyń dzyń. Jeśli jakiś pisarz mówi wam, że to się dla niego nie liczy, to mu nie wierzcie. Bo to nieprawda (śmiech).

Czy rozwiązanie zagadki kryminalnej sprawia, że świat choć na chwilę staje się lepszym miejscem?

Myślę, że dla ofiar lub ich rodzin tak. Ale dla świata? Tu już nie jestem taki pewien.

Zastanawiamy się nad rosnącą popularnością kryminałów. Może także dla czytelników ten świat też na chwilę staje się lepszy.

To możliwe. Chyba rzeczywiście jest w kryminałach coś katarktycznego. Można się przy ich lekturze zmierzyć z własnymi lękami. Przestraszyć się, ale w bardzo bezpieczny sposób. W moich powieściach piszę o bardzo strasznych rzeczach, na przykład o utracie dziecka. A każdy rodzic wie, że byłby to dla niego najstraszniejszy koszmar. W powieści kryminalnej można to w jakiś sposób oswoić. Dla mnie jako pisarza czy dla moich czytelników to jest rzeczywiście okazja, żeby w bezpiecznym otoczeniu stanąć twarzą w twarz z największymi lękami. Chyba dlatego kryminały są tak ważne. Tworzą przestrzeń, na której możemy w bezpieczny sposób skonfrontować się z całym złem tego świata. Można przeżyć coś strasznego, tak naprawdę wcale tego nie przeżywając. Aby napisać dobry kryminał, trzeba to zrobić prawdziwie. Jeśli chce się opisać jakieś odczucie, na przykład ten strach, trzeba go najpierw poszukać w samym sobie. Zastanowić się jak by się coś takiego poczuło samemu. Albo odwrotnie, starać się wczuć w przestępcę, w to co on może sobie myśleć, wejść w jego głowę. Inaczej nie uda się napisać dobrej powieści kryminalnej. Dlatego właśnie ten rodzaj pisarstwa nie jest dla każdego. To bardzo wysysa emocjonalnie. Niezwykle wyczerpuje. Nie każdy się do tego nadaje. Chyba właśnie dlatego ukazuje się tyle słabych powieści kryminalnych. Ich autorzy nie zajrzeli zbyt daleko w głąb siebie samych. Nie dali z siebie wszystkiego. Jakoś to oczywiście rozumiem, bo to w sumie całkiem przerażające doświadczenie. Ale właśnie tak trzeba zrobić.

Mówisz, że pisząc wchodzisz w głowę mordercy. Może dzięki temu odkryłeś już skąd się bierze zło? Czy ono się nagle pojawia, czy też jest w nas wszystkich cały czas i tylko czeka na właściwy moment żeby się ujawnić?

Myślę, że ono jest w każdym z nas. Historia jasno to pokazuje. Wszyscy jesteśmy zdolni do czynienia zła. W odpowiednich warunkach najróżniejsi ludzie są zdolni do popełniania zbrodni. Choć od czasu do czasu rodzą się też niestety ludzie, którzy mają szczególne cechy sprawiające, że dużo łatwiej niż inni dochodzą do momentu, w którym zaczyna się czyste zło. Sądzę, że tak właśnie jest z seryjnymi zabójcami. Niewiele było potrzebne, aby zaczęli czynić zło. Myślę, że zło jest częścią życia i nie da się go całkowicie wyeliminować. Fascynuje mnie w jakimś sensie to jak czasem wydaje nam się, że robimy coś dobrego, ale prowadzi to finalnie do rzeczy złych. Nigdy nie jesteśmy w stanie w pełni przewidzieć konsekwencji naszych czynów. Ta kwestia dała początek mojej powieści "Wodne anioły", w której piszę o adopcjach. Spójrzmy bowiem na adopcje z Wietnamu. Pozornie to coś wspaniałego, ktoś adoptuje potrzebujące rodziny dziecko. Daje mu miłość. Ale potem okazuje się, że to dziecko ukradziono jakiejś wietnamskiej matce. I po prostu sprzedano. Z drugiej strony, podejrzewam, że śmiertelność dzieci w Wietnamie jest kilkadziesiąt razy wyższa niż w Polsce. A i kochający rodzice w bogatej i spokojnej Szwecji to jest coś bardzo dobrego. Pewnie dziecko dorastające w Szwecji ma większe szanse na dostatnie życie niż gdyby dorastało w Wietnamie. Życie nie jest czarno-białe. Często o tym myślę. To fascynujące, bo naprawdę nie wiadomo czy dochodzi w takim przypadku do jakiegoś zła czy też nie. Chyba nigdy tego jednoznacznie nie rozstrzygniemy.


Pochodzisz ze Szwecji, ale od pewnego czasu mieszkasz w Hiszpanii. Przestępstwa popełnianie w słonecznej Hiszpanii różnią się od tych z pochmurnej Szwecji?

Myślę, że większość przestępstw się nie różni. Na całym świecie są takie same. Ale w Hiszpanii bardzo żywa jest kultura machismo. Dlatego jest tam o wiele więcej przemocy domowej niż w Szwecji. Mężczyźni, którzy znęcają się nad swoimi żonami, czasem je zabijając, to o wiele większy problem w Hiszpanii niż w Szwecji. Jest na ten temat wielka dyskusja społeczna. Organizacje kobiece w Hiszpanii bardzo mocno starają się temu przeciwdziałać. Prawo zostało w tym zakresie ostatnio bardzo zaostrzone. Sytuacja się poprawia.

Ale kryminały tego napięcia nie odzwierciedlają. Te hiszpańskie są zwykle lżejsze od szwedzkich.

Bo rzadko są oparte na prawdziwych realiach. W hiszpańskich kryminałach często wątki okazują się być bardziej rozrywkowe. Na przykład detektyw rock'and'rollowiec, jeżdżący na motorze i traktujący świat z szaloną dezynwolturą. Ale to nie są prawdziwe postacie tylko jakieś wymysły. Podobnie jest we Włoszech. To inna tradycja pisarska. Kryminał nie musi odzwierciedlać prawdziwego świata. Jest bardziej fantastyczny. To nie mój styl. Nie przepadam za nim. Ale są także w Hiszpanii bardzo dobre kryminały pisane w bardzo realistycznym stylu. Bardzo lubię powieści Manuela Vazqueza Montalbana. Są naprawdę dobre. Z kolei kryminał francuski od kilku lat ciąży sukcesywnie w kierunku maksymalnego realizmu. Nad Sekwaną ukazuje się ostatnio mnóstwo bardzo dobrych powieści kryminalnych. Polska szkoła kryminału też jest bardzo ciekawa. Słyszałem o niej mnóstwo pozytywnych opinii.

A co sam lubisz czytać? Też kryminały czy masz już ich kompletnie dosyć i sięgasz po kompletnie inne rzeczy?

Czytam właściwie wszystkie rodzaje literatury. Bardzo dużo literatury amerykańskiej. Ona jakoś najbardziej mi pasuje. Jeśli sięgam po kryminały, to najczęściej właśnie po te amerykańskie. Bardzo podoba mi się ich oszczędny styl. Lubię bardzo literaturę anglosaską. Ale staram się też być na bieżąco z tym co się pisze na świecie.

Jaką bohaterkę literacką lubisz najbardziej?

Jaką kobiecą postać? Hm... Chyba Pippi Langstrumpf (śmiech). Ale jak się tak zastanawiam, to chyba przede wszystkim lubię męskie postacie. Uwielbiam "Wielkiego Gatsby'ego" F. Scotta Fitzgeralda. Moją ulubioną postacią jest jeden z bohaterów tej książki - Nick. Ten, który opowiada nam historię Daisy i Gatsby'ego. Uważam, że to wspaniała postać. Dałem mojemu synowi na imię właśnie Nick. Na cześć bohatera "Wielkiego Gatsby'ego".

Masz jeszcze córkę. Ona też dostała imię po postaci z książki?

Karla? Nie. Choć to też imię związane z literaturą. Dostała imię po zmarłej niedawno bardzo znanej szwedzkiej poetce. To była starsza kobieta, ale bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Im dłużej myślę nad waszym pytaniem, tym bardziej dochodzę do wniosku, że z kobiecych bohaterek najbardziej lubię narratorkę powieści "Zabić drozda" autorstwa Harper Lee. Podoba mi się to jak ta nazywana przez wszystkich Smykiem dziewczynka postrzega świat. I jak o nim opowiada.

Gdybyś złapał złotą rybkę i mogła ona spełnić twoje jedno literackie marzenie, to jakie by ono było?

Ale takie coś tylko dla mnie? Ojej. Chyba nie mam takich marzeń (śmiech)

Nie marzysz o literackim Noblu?

O... to marzenie porzuciłem już dawno. Kiedy zdecydowałem się pisać powieści kryminalne, wiedziałem już, że na to nie mam szans. Świadomie zszedłem ze ścieżki, która mogłaby mnie doprowadzić do którejś z największych literackich nagród. Powieści kryminalnych nie nagradza się Noblem czy Pulitzerem. Wcale nie myślę o tych nagrodach. Nie oszukuję. Myślę, że miałbym do złotej rybki bardzo prostą prośbę. Móc dalej pisać i być w stanie się z tego utrzymywać. Po prostu pisać i mieć dobre życie. Od zawsze marzyłem o tym aby być pisarzem, aby z pisarstwa żyć i zobaczyć przy tym kawałek świata. I to mi się udało. Chyba mogę spokojnie powiedzieć, że osiągnąłem już sukces. Chciałbym po prostu, aby to się nie zmieniało. Prosić o więcej, to jak rzucać bogom niepotrzebne wyzwanie (śmiech). I mam jeszcze jedno życzenie. Ale tak już nie tylko dla mnie, ale nazwijmy to tak: "dla branży". Chciałbym aby powieść kryminalna dostała kiedyś jedną z najważniejszych nagród literackich - Pulitzera albo Bookera. I nie chodzi o to, żebym to ja tę nagrodę zgarnął. Chciałbym po prostu, aby jurorzy otworzyli się na literaturę gatunkową. Ale zapewne nigdy tak się nie stanie (śmiech).