Wywiad z Ewą Białołęcką

Książniczki
21 lutego 2018

Jej bohaterowie są obdarzeni magicznym talentem, jednak muszą za swoje uzdolnienia zapłacić kalectwem. Pisze o dorastaniu, przyjaźni i szukaniu drogi w świecie #kronikidrugiegokręgu

Najbardziej utytułowana polska pisarka fantasy - ośmiokrotnie nominowana do Nagrody Zajdla ‒ trzy razy za powieści, pięć za opowiadania. Statuetkę zdobyła dwukrotnie, za opowiadania „Tkacz Iluzji” i „Błękit maga”. Ewa Białołęcka opowiedziała nam o kłopotliwym, bo wczesnym sukcesie, byciu kobietą w świecie fantastyki i hejcie, który ją dotyka.


Książniczki: Jest Pani Tkaczem Iluzji?

Ewa Białołęcka: Nie.

Ale tworzy Pani światy.

W takim razie każdy pisarz jest Tkaczem Iluzji. Ale ja chciałabym być Stworzycielem.

Dlaczego?

Żeby naprawiać rzeczy. Chciałbym jednym spojrzeniem wyczyścić te wszystkie pomazane ściany, ponaprawiać popękane przedmioty, scalać rzeczy, które się potłukły. Przywracać starym lalkom dawny wygląd. Takie rzeczy chciałabym potrafić.

Powiedziała Pani kiedyś, że bycie fantastą to stan umysłu. Jaki to stan?

My widzimy pewne rzeczy inaczej niż ludzie, którzy fantastami nie są. Potrafimy wyciągnąć coś więcej ze świata. Niektórzy negują sens wymyślania, bo przecież rzeczywistość powinna wystarczyć. Nam to nie wystarcza. Jeżeli dostrzegamy jakieś zjawisko, chcemy je zobaczyć nie tylko tu i teraz, ale również za dwieście lat albo na innej planecie, albo u przedstawicieli ras nieczłekokształtnych.

Nasz świat jest nudny?

Nie, po prostu chcemy więcej.

To pewnego rodzaju zachłanność przeżyć?

Owszem! Jesteśmy ciekawscy. Zwłaszcza pisarze. Pisarz to też stan umysłu. Jesteśmy ciekawi różnych rzeczy i specjalnie realizujemy czasami naprawdę głupie pomysły, tylko po to, żeby sprawdzić jak to jest.

Narażacie bohaterów na różne sytuacje?

Nie, robimy to w rzeczywistości, żeby wzbogacić nasze doświadczenia i potem ewentualnie wykorzystać w książce.

Co na przykład Pani zrobiła?

Chodziłam boso po śniegu, bo chciałam wiedzieć, jak to jest.

I jak to jest?

Po suchym śniegu jest bardzo fajnie - wytrzymałam około 2 minut, po mokrym było nieprzyjemnie i natychmiast zaczęłam marznąć, więc wróciłam do domu i stwierdziłam, że na tę zimę wystarczy.

Nurkowałam swego czasu, nadal bardzo lubię się moczyć. Oglądam sobie egzotyczne rybki, na Malcie spotkałam się oko w oko z ośmiornicą. Niesamowite przeżycie.

Czyli wszystko czego Pani doświadcza jest dla Pani materią do tworzenia, czyli Pani jest ciągle w pracy?

Trochętak, ale mnie ta praca sprawia przyjemność. I nie tylko mnie. Gdyby Maja Kossakowska nie uwielbiała gotować i nie robiła tego bardzo dobrze, dzieląc zresztą pasję z mężem, nie powstałaby na przykład książka „Grillbar Galaktyka”. ‘

Jest Pani Pierwszą Damą Polskiej Fantastyki?

Tylko dlatego że moje nazwisko jest na „B” i wypadam na początku alfabetu.

Bardzo skromna odpowiedź. Onieśmiela to Panią? A może to jest chwyt marketingowy?

Ja się tak nie nazwałam. Zrobili to czytelnicy i krytycy.

Owszem jestem z tego dumna, ale nie tak, żeby zadzierać nosa, bo wiem doskonale, że jestem dobra, ale są dziewczyny, które są równie dobre, a chwilami lepsze. Maja Kossakowska tyle samo Zajdli co ja, a Ania Kańtoch więcej.

Po prostu ja byłam pierwsza, pierwsza wybiłam się ze środowiska. Kobiety były wtedy traktowane pobłażliwie, jako te, które piszą słabiej, na mniej poważne tematy. Raptem pojawiłam się ja, napisałam „Tkacza Iluzji” i wygrałam plebiscyt czytelników „Nowej Fantastyki”, bijąc nie tylko pisarzy polskich, ale również zagranicznych. Maciek Parowski napisał wtedy „Polak, w dodatku kobieta”, zasadniczo powinien dostać za to w łeb, ale darowałam mu ten „drobny” szowinizm.

Dalej tak to wygląda? Kobiety są dyskryminowane w środowisku?

Teraz już jest lepiej. Dziewczyn piszących zrobiło się więcej, jesteśmy traktowane znacznie poważniej. O Ani Kańtoch, która zgarnia nagrody jedną za drugą, trudno powiedzieć, że ona tak sobie po prostu pisze. Ona zwycięża z facetami! Czyli jest od nich lepsza! Nie dostaje Zajdli za ładne nogi.


Czym jest fantastyka kobieca?

Są dwie fantastyki kobiece. Ta pisana przez kobiety, a którą czytają wszyscy. Jest to po prostu literatura uniwersalna. Są też takie książki, które są odpowiednikami fantastycznych obyczajówek i romansów, a po te mężczyźni sięgają znacznie rzadziej, chociaż niektórzy czytają dyskretnie - owijając okładki ostrych erotyków gazetami (śmiech).

Fanfiki - lubi Pani taką twórczość? Skąd taka potrzeba, żeby ingerować w czyjeś dzieło?

To jest zabawa. Hobby. Zwykle od tego się zaczyna przygodę z pisaniem, u mnie było odwrotnie. Trafiłam na forum fanfiction kiedy już byłam uznaną autorką. Poczytałam sobie kilka tekstów i stwierdziłam, że taka zabawa absolutnie nie przekracza moich możliwości.

Dalej Pani to robi?

Zdarza mi się. Najpierw napisałam kilkanaście fanfików do „Harry’ego Pottera”, potem po przerwie przypadł mi do serca Sherlock Holmes.

To rozrywka. Interpretacja tego, co jest materiałem wyjściowym.

Czy są fanfiki do Pani twórczości?

Kiedyś pojawiło się kilka. Teraz jakoś nie, najwyraźniej nie ma tam dziur fabularnych, które można załatać.

Pani książki są lubiane też przez młodszych czytelników.

U mnie nie ma okrutnych scen, graficznie opisywanych tortur. Jeżeli opisuję ciężkie sprawy to niebezpośrednio. Nie dlatego, że czytają moje książki młodzi czytelnicy, ale przede wszystkim dlatego, że ja sama nie znoszę. Kiedy sama natrafiam na brutalne sceny w czytanych książkach, przekartkowuję je i opuszczam.

Teraz ukazują się wznowienia. Kiedy czytelnicy dostaną do rąk upragniony piąty tom?

Wyrosłam już z tego świata, odwiedzam inne okolice, przychodzą do mnie inni bohaterowie. Ale wiem, że to jest opus magnum, które muszę nareszcie ukończyć. Czytelnicy męczą mnie o ten nieszczęsny tom od lat. Pisze się. Ma wyjść na jesieni.

Była Pani gotowa na sukces, który przyszedł tak wcześnie?

Absolutnie nie. To były dopiero początki mojego pisania. Napisałam coś z głębi siebie i od serca, ta opowieść się ze mnie wylała. Napisałam ją w ciągu dosłownie kilku dni. W „Nowej Fantastyce” trafił mi się do tego dobry ilustrator i załapało. Ludzie zobaczyli w tej historii cząstkę siebie, zapałali sympatią do bohatera. Najpierw plebiscyt, nominacja do Nagrody Zajdla i sama nagroda. Rok przerwy, druga część opowieści o Kamyku i znowu Zajdel. Śląkfa za całokształt twórczości. Wszystko to było strasznie wcześnie. U mnie nigdy nie jest tak jak u ludzi. Wszystko było odwrotnie. Zostałam wrzucona na świecznik jako zupełnie zielona gruszka i musiałam tam się utrzymać.

Ciężkie to było?

Kłopotliwe. Do tej pory mam takie myśli, czy to co piszę nie jest za słabe. Sporo pomysłów odrzucam. Poprzeczkę mam zawieszoną wysoko, ale na szczęście przestałam się przejmować tym, że muszę pisać poważnie. Fanfiki w tym pomogły, odkryłam, że dobrze mi z tym rodzajem literatury. Chcę bawić swoich czytelników, wzruszać I dawać im radość, a nie dołować. Dlatego powstały opowiadania z tomu „Róża Selerbergu”.

Teraz postanowiłam się specjalizować w rzeczach, które są przynajmniej w pewnym stopniu zabawne, tak jak „Wiedźma.com.pl”.

W naszej branży jest mało ludzi, którzy piszą lekko. Nadal pokutuje pogląd, że dobry tekst to tekst posępny i najlepiej bez happyendu.

Każdy talent okupiony jest cierpieniem? To jest pewien motyw Pani książek.

Nie wiem czy każdy, ale mnóstwo. Oglądałam wczoraj łyżwiarstwo figurowe, ileż ci chłopcy ćwiczyli, ile mieli kontuzji, stresu, nerwów... To jest ich zapłata za to, by pojechać na pokazie idealnie.

Ci, którzy piszą książki płacą nerwicą, depresją i pogorszeniem wzroku.

Tak jest ciężko?

Boimy się, jak nasza praca zostanie odebrana czy nie zostajemy zhejtowani. Wydajemy książkę i zawsze jakieś stado sępów będzie nas dziobać. To są sprawy dla nas ogromnie przykre. Bagatelizujemy to, ale i tak czujemy się pokrzywdzeni. Recenzje są z reguły wyważone, ale anonimowe komentarze bywają bardzo okrutne. Rozmawiam o tym z moimi kolegami i koleżankami - niemal wszyscy jedziemy na tabletkach.

Ale jest też grupa fanów, która daje pozytywną energię.

Na szczęście tak, bo w przeciwnym razie przestalibyśmy pisać.

I są nagrody.

To są kawałki metalu, z którymi nie wiadomo co zrobić. Wyginają się pod nimi półki, są brzydkie jak noc listopadowa. Sprzedać na złom nie wypada. Śląkfą można jeszcze przystawiać drzwi, bo jest dość stabilna, ale Zajdle się przewracają.

Jakie jest Pani literackie marzenie?

Chciałabym pisać i żeby moje książki były dobrze przyjmowane. Chciałbym zawsze doświadczać tego haju, jaki się zdarza przy pisaniu, kiedy opowieść wylewa się z nas. Leci z siłą wodospadu. Nie odróżniamy wtedy nocy od dnia. Zapominamy, że trzeba zjeść i się umyć. Tak wygląda twórczy trans. Zapomina się o rzeczywistości.

Czytelnicy czytają fantastykę żeby uciec od rzeczywistości, a okazuje się, że autorzy uciekają pisząc ją.

Taki trans jest bardzo przyjemny. Widzimy tekst na ekranie i jest idealny. Wszystko jest utkane nitka w nitkę.

Czyli jednak…

To jest taka frajda!

Ewa Białołęcka, Kroniki Drugiego Kręgu, Jaguar