Wojciech Chmielarz u Książniczek

Książniczki
15 lutego 2018

"Fascynuje mnie pytanie: Dlaczego dobrzy ludzie robią złe rzeczy?"

O Jakubie Mortce, od którego nie można się znowu oderwać w "Cieniach", wizerunku pisarza oraz o nowym thrillerze psychologicznym opowiada Wojtek Chmielarz.


Książniczki: Co to znaczy - być zawodowym pisarzem?

Wojtek Chmielarz: Obawiam się, że to jest podchwytliwe pytanie, bo odpowiedź jest bardzo prosta. Aby być pisarzem zawodowym trzeba na pisaniu zarabiać pieniądze. I teraz pojawia się pytanie kolejne: Jak się zarabia pieniądze, jeśli się jest zawodowym pisarzem. Przede wszystkim na książkach. Nie wiem, jak jest w przypadku innych, ale w moim pisanie książek stanowi około 50% przychodów. Pozostałe 50% trzeba sobie wypracować gdzieś indziej. No i tu dzieją się różne rzeczy. Są oczywiście spotkania autorskie. Prowadzę też kursy kreatywnego pisania i podstaw tworzenia kryminału. Piszę felietony, artykuły. Więc tak naprawdę dużą część czasu pisarz poświęca na rozglądanie się za innymi fuchami. Takimi, które można dostać dzięki temu, że się jest publikowanym, jako tako znanym autorem.

Myślę, że w przypadku pisarzy sprzedających więcej książek – a to wszystko mam nadzieję przede mną – wygląda to inaczej. Można wtedy poświęcić więcej czasu na pracę nad kolejną powieścią. Chociaż oni prawdopodobnie dostają też lepsze oferty dodatkowych zajęć, bardziej kuszące.

Jak pracujesz nad swoją rozpoznawalnością? Coraz więcej pisarzy jest aktywnych na Instagramie, na Facebooku. Ich profile są przemyślane. O co chodzi?

Bardzo dobre pytanie. Sam bym chciał wiedzieć. To jest coś, na co od pewnego czasu szukam odpowiedzi. Właśnie zastanawiając się, jak sobie zbudować pewną rozpoznawalność i grono odbiorców, którym będę mógł powiedzieć: słuchajcie wychodzi moja nowa książka, publikuję opowiadanie, robię jakieś rzeczy. Nie ma co się oszukiwać, nikt nie wyłoży pieniędzy na to, żeby wykupić reklamę książki w telewizji. Więc najskuteczniejsza i najlepszą w tej chwili reklamą jest w tej chwili reklama poprzez media społecznościowe. Żeby jednak miała ona sens trzeba mieć zbudowaną grupę odbiorców. Żeby zbudować grupę odbiorców nie można się ograniczać do okresu, kiedy się publikuje książkę, czyli mniej więcej raz w roku. Tylko trzeba wrzucać coś codziennie przez cały rok. Rozpaczliwie poszukuję przez cały czas tematu, który mogę wrzucić na Facebooku czy Instagrama (śmiech). Z jednej strony jest to przyjemne, bo miło jest się spotkać w mediach społecznościowych z potencjalnymi czytelnikami i porozmawiać o literaturze, ale równocześnie trzeba wykreować ten swój wizerunek. Mówiąc już zupełnie na poziomie meta – częścią mojego wizerunku w mediach społecznościowych jest wizerunek faceta, który szczerze mówi o tym, jak kreuje swój wizerunek w mediach społecznościowych.

A jaki jest ten Twój wizerunek? Czy bycie pisarzem i wizerunek pisarza, to dwie różne rzeczy?

Wydaje mi się, że tak! Bycie pisarzem, to siedzenie przy biurku i stukanie w klawisze. Szukanie swoich historii i ich tworzenie, a potem publikowanie. Tworzenie siebie jako pisarza, to tworzenie wizerunku. Przedstawienie siebie jako pisarza. Pokazanie czegoś, poza tym, co czytelnicy mogą znaleźć w książkach. Uważamy, że o pisarzu świadczą jego książki; że pisarz nic nie musi robić innego oprócz pisania dobrych książek. A dobra literatura i tak się obroni. Co tak naprawdę nigdy nie było prawdą. Wydaje mi się, że teraz tym bardziej nie jest prawdą. Wielu pisarzy, którzy robili karierę tworzyło świadomie swoją legendę. Choćby Hemingway! Teraz trzeba się bardziej postarać. Jeśli chce się na serio pisać, to trzeba się jakoś pokazać. Różni pisarze w różny sposób to robią, bo bez tego już się nie da. Z mojej kryminalnej działki, ostatnim facetem, któremu udało się odnieść sukces bez świadomego kreowania wizerunku był chyba Zygmunt Miłoszewski. To było nie tak dawno temu, ale wydaje się, że minęła cała epoka.

Nie jest Ci czasem trudno z tą szczerością?

Postrzegam siebie jako introwertyka.

Mrocznego?

Nie. Nie jako mrocznego. Jestem bardzo pogodnym człowiekiem. Zresztą jak większość pisarzy kryminałów. Wszystko, co najgorsze przetrawiliśmy już w inny sposób. To jest tak jak w przypadku aktorów. Podobno największymi ponurakami na co dzień są komicy. Natomiast postrzegam siebie jako człowieka introwertycznego. Nie mam potrzeby dzielenia się z ludźmi wszystkimi swoimi przemyśleniami. Chociaż brzmi to dziwnie w ustach pisarza. Nie mam zamiaru chwalić się wszystkim, co robię w życiu codziennym.

Czy w takim razie taka autopromocja nie jest dla Ciebie wyzwaniem?

Jest, bo nie chcę dzielić się wszystkim, co się dzieje w moim życiu. Na przykład nie zamierzam publikować opowieści o moich dzieciach. Chociaż za to bym pewnie zgarnął mnóstwo lajków w mediach społecznościowych, bo to się zawsze dobrze w internecie sprzedaje. Takie śmiechy-chichy, co to te dzieciaki powiedziały albo co też zrobiły. Wychodzę z założenia, że moje dzieci będą miały jeszcze okazję skompromitować się kilka razy samodzielnie.

Powiedziałeś, że pisarze kryminałów są uroczy i pogodni. Skąd w takim razie potrzeba pisania o takich złych ludzkich instynktach?

Uważam, że kryminał wcale nie jest o złu. Moje książki są o chciwości, o miłości albo o niespełnionych marzeniach. Za żadnym razem moim tematem bynajmniej nie było zło, które tkwi w ludzkiej duszy. Zadawałem sobie zupełnie inne pytania twórcze. Moim zdaniem kryminały są fantazjami o świecie, który jest sprawiedliwy. Bo koniec końców w większości kryminałów zło zostaje odkryte i pokonane.

Ludzie potrzebują tego ładu?

Tak, to jest ta podstawowa fantazja, która jest fundamentem kryminału. Ważną refleksją dla mnie, jako twórcy gatunkowego jest ta mówiąca o tym, że my jako ludzie rozumiemy, że żyjemy w niedoskonałym świecie. I w tym niedoskonałym świecie czasem dobrym ludziom dzieją się złe rzeczy. Nie chcemy, żeby spotykały ich nieszczęścia, ale akceptujemy to. Ale to, co nas najbardziej denerwuje to sytuacja, w której zło nie zostaje ukarane. To zaburza fundamentalny porządek świata. Chcemy żyć w świecie, w którym zło zostanie ukarane. Tak świat ma być zbudowany. Najbardziej nuży nas to, że ten świat taki nie jest i potrzebujemy tej fantazji o sprawiedliwym świecie.

Tak było może u Agathy Christie. Ład i porządek zostawał przywrócony. Teraz jednak punkt wyjścia kryminałów jest zupełnie inny. Nie wychodzimy od dobrego świata.

Zgadzam się, że świat jest zły i paskudny. Ale niech w tym paskudnym świecie grzesznicy zostaną koniec końców ukarani. Nie pociąga mnie zło samo w sobie. Uważam, że jest nudne, banalne. Bardziej interesuje mnie to, dlaczego dobrzy ludzie robią złe rzeczy. Fascynuje mnie, jak my się usprawiedliwiamy sami przed sobą. Nie ma chyba człowieka, cokolwiek by nie zrobił, który by sobie powiedział: jestem złym człowiekiem. Nawet jak jego czyn był najbardziej paskudny, to on znajdzie powód, żeby się usprawiedliwić i jeszcze tak to przedstawić wobec siebie, że to było dobre. Ten mechanizm mnie fascynuje i staram się takie rzeczy badać.

Zawsze wiesz, jak się skończy Twój kryminał?

Oczywiście, że tak. Był tylko jeden autor, który mówił, że napisał kryminał, który nie wiedział jak się skończy. To był Umberto Eco z „Imieniem róży”. Ale ja mu nie wierzę. To jest zbyt dobrze skonstruowana książką. Ja sam rozpisuję sobie akcję krok po kroku. I fabułę i to, w jaki sposób detektyw dojdzie do prawdy. Natomiast nie trzymam się tego planu kurczowo. Faktycznie moje powieści potrafią mnie zaskoczyć na różne sposoby już podczas pracy. Tak było w przypadku mojej najnowszej książki. W 1/3 zorientowałem się, że piszę książkę o miłości. O trzech różnych parach i o tym, jak one wspólnie przeżywają różne wydarzenia. I to się powtarza. Dlatego zawsze zostawiam sobie przestrzeń, żeby napisać coś inaczej niż jest w planie.

Komisarz Mortka – na początku był jak żywcem wyjęty ze szwedzkich kryminałów. Co się z nim stanie?

Rozwiedziony policjant po 30-stce. Brakowało tylko, żeby był alkoholikiem. Przyznaję, była tam pewna sztampa. Chociaż starałem się jej uniknąć.

Ale czytelnicy chyba nie chcą w ogóle czytać o życiu rodzinnym bohaterów kryminałów. Albo masz starego kawalera albo musisz odsunąć tę rodzinę jakoś w cień.

Chociaż boli trochę jak Mortka tak zaniedbuje swoich synów.

Nie zajmuje się dziećmi i ma z tego powodu wyrzuty sumienia, ale nie ma co ukrywać, że jest pod tym względem dupkiem i nic z tym nie robi. Nie zachowuje się tak, jakbyśmy wymagali od ojca. Ale to dlatego, że ja sobie wymyśliłem tę postać jako przede wszystkim policjanta. To jest ta cecha, która go definiuje jako człowieka. Chciałem stworzyć bohatera, jak w cytacie, który otwiera cały cykl: „Odebrać mi mój zawód i jestem nikim”.

Jak mu zabierzemy zawód, to właściwie nie wiemy, co o nim powiedzieć. Gdyby był super ojcem, to by temu przeczyło. To jest przede wszystkim policjant. Facet, który nienawidzi swojej pracy, a równocześnie ma tego pecha, że jest w niej świetny. Ma też graniczące z absurdem poczucie obowiązku. Lubię porównywać go do rolnika, do chłopa. Kogoś kto wie, że musi rano wyjść w pole i je zaorać, bo jak nie wyjdzie rano w pole i go nie zaora, to będzie niezaorane. Nikt inny tego nie zrobi. Tak samo swoją pracę traktuje Mortka. Nie robi nic z poczucia sprawiedliwości, tylko ma pracę i musi ją wykonać.

A aspirantka Sucha?

Aspirantka Sucha wzięła się stąd, że potrzebowałem sensownej postaci kobiecej. Wyrazistej i prawdziwej, która mogłaby funkcjonować w tym męskim świecie, którym cały czas są służby mundurowe. I będą chyba do końca świata. Aspirantka Sucha od początku wchodzi ze wszystkimi w zwarcie. To jest obmyślona strategia. W myśl zasady, że jak na początku odpuścisz, to potem będzie już tylko gorzej. Konflikt na początku znajomości pozwala od razu wyjaśnić stanowisko. Co zresztą z Mortką się jej udało. Do dzisiaj żałuję, że nie udało mi się przedstawić jej kobiecej strony. Ale taką też ma. Cały czas mam w głowie scenę, którą bardzo chcę napisać. Jak Mortka idzie kiedyś ulicą Chmielną w letni dzień i widzi dziewczynę w zwiewnej sukience. I dopiero jak ona przejdzie, zda sobie sprawę, że to Sucha. Poza tym ona jest też świetnym gliną. Zupełnie innym niż Mortka. Ona właśnie ma poczucie sprawiedliwości. Jest w niej potrzeba naprawiania świata.

Kiedy wrócisz do swoich bohaterów?

Jeszcze nie wiem. Muszę dla nich wymyślić odpowiednio dobrą fabułę. W maju ukaże się książka, która jest zupełnie inna. Thriller psychologiczny. Opowieść o grupie 30-latków. O nas. To jest grupa znajomych ze studiów, którzy mają ten zwyczaj, że część wakacji spędzają razem i ze swoimi dziećmi w pewnym gospodarstwie agroturystycznym na Pomorzu. Wśród niech jest taka para, która „wpadła” wcześnie. Mają kilkunastoletnią córkę. Przyjeżdżają na te wakacje i pewnej nocy ich córka znika. Książka toczy się na trzech planach czasowych. Jest rozdział, który toczy się podczas wakacji i widzimy krok po kroku wydarzenia, które doprowadziły do tego zaginięcia. Jest rozdział, który pokazuje to, co pomiędzy. Czyli pomiędzy jednym latem, a drugim, w którym pokazujemy jak ta rodzina przeżywa to zaginięcie. Jak ono koszmarnie wpływa na wszystkich ludzi, którzy są wokół. I rozdział podczas kolejnych wakacji, kiedy ojciec rodziny wraca, żeby podjąć kolejną próbę odszukania w rocznicę zaginięcia córki. Ale główną bohaterką, bo tak o niej myślę, będzie prezenterka telewizyjna polsko-nigeryjskiego pochodzenia. Pierwszy raz napisałem tak dużą część z kobiecej perspektywy i jestem z tej książki cholernie dumny.

🔫 Wojciech Chmielarz "Cienie" Wydawnictwo Marginesy

Kup tutaj.