„Sukces mojej książki był tak naprawdę niemożliwy”

Książniczki
4 września 2017

Wywiad z Siri Pettersen

Norweska autorka powieści fantasy, która w podróż do Polski zabrała "Podróże z Herodotem” Kapuścińskiego! Opowiedziała nam, jakie książki ją ukształtowały i dlaczego wybrała gatunek fantasy właśnie, żeby mówić o problemach egzystencjalnych, i jak napisała swoją debiutancką powieść, która została uhonorowana norweskimi nagrodami Fabelprisen i Sproing dla debiutujących autorów.

Pierwszą część sagi pisałaś prawie 10 lat. Co musiało się stać, żebyś została pisarką. Czy to wymagało od Ciebie jakiejś wewnętrznej przemiany?

To bardzo proste. O północy poszłam na cmentarz, odprawiłam pewien rytuał, oddałam swoją duszę i zostałam pisarzem (śmiech). Tak na prawdę trwało to tak długo, bo traktowałam ten projekt jako hobby. Coś co robię w wolnym czasie. W wolnym czasie, czyli zwykle nie miałam na niego czasu. Pracowałam wtedy jako grafik. W pewnym momencie stwierdziłam, że jeśli chcę rzeczywiście to zrobić, to muszę poświęcić na to cały swój czas, dopiero wtedy byłam w stanie skończyć książkę. Jeśli coś chce się zrobić dobrze, to trzeba się temu poświęcić. To jest cała tajemnica.

Jak bardzo sukces odmienił Twoje życie? Nabrałaś pewności siebie? Czujesz, że znalazłaś swoją drogę?

Dużo się zmieniło. Sukces mojej książki był tak naprawdę niemożliwy. Co prawda dowiedziałam się o tym dopiero wtedy, kiedy już się ukazała. Jak znalazłam wydawcę, to wszyscy stwierdzili, że znalezienie wydawcy jest niemożliwe, gdy się jest początkującym autorem. No, może debiut może się sprzedać w 500 egzemplarzach i tyle. Nie wiem jak to się stało, ale w Norwegii „Dziecko Odyna” sprzedało się w 30 tysiącach egzemplarzy. Wiem, że to jest coś niezwykłego, niemożliwego, ale jednak się stało.

Czujesz, że zalazłaś swoją drogę?

Pisanie sprawia mi wielką przyjemność. Zawsze interesowało mnie opowiadanie historii niezależnie od medium w jakim to robiłam. Czy jest to tworzenie grafiki, czy opowiadanie historii - dla mnie to jest jedno. Największą różnicą jest to, ile osób jest zainteresowanych owocami mojej pracy. Kiedy robiłam grafikę, to tylko klient zamawiający przejmował się moją pracą, ale kiedy piszę książkę, to bardzo dużo ludzie reaguję na to, co zrobiłam. Komentuje to. To jest największa różnica.

Fani robią sobie tatuaże nawiązujące do Twojej trylogii, czy nie przytłacza Cię taka fascynacja i zaangażowanie w Twoje książki?

Rzeczywiście takie reakcje jak tatuowanie się, przebieranie za postaci z moich książek jest może trochę przytłaczające. Czytelnicy tworzą też dużo „fanartu”. W każdy piątek publikuję na swoich mediach internetowych sztukę stworzoną przez fanów. Ktoś zrobił sweter taki jak miała Hirka, rękawiczki z kruczych pierścieni, babeczki, biżuterię. Jest tego dużo. Sama byłam kiedyś fanką. Uwielbiałam serię Neila Gaimana Sandman” i sama rysowałam sobie łezkę przy oku jak postać śmierci z tych komiksów. Wiem jak to jest, chociaż jestem teraz po drugiej stronie. Czasami w czasie dużych spotkań z czytelnikami czuję się jak bym była sekretarką tego słynnego autora, który stworzył jakąś poczytną książkę. Przysłaną przez niego, żeby odpowiedziała na pytania.

Zerwałaś z germańsko-rycerską tradycją fantasy? Twoja opowieść jest bardzo nordycka, ale ma też pewien wymiar uniwersalny.

W moich książkach nie ma wielu elementów, które kojarzą się z fantasy. Nie ma smoków, czarów, rycerzy, ognistych kuli i potężnych czarów. Być może z tego powodu nazywane są realistyczną fantasy. Jest magia, ale nikt jej w ten sposób nie nazywa. To moja sztuczka. Zamiast nazwać element fantasy ja go opisuję z perspektywy kogoś, kto nie wie, co to jest. Unikam wtedy nadmiernej normalizacji pewnych elementów fantasy. Ludzie mówią, że w mojej książce nie ma magii… Jest! - tylko ja nigdy nie używam tego słowa.

Moja bohaterka nie jest typowym bohaterem fantasy. Nie ma czegoś, co ją wyróżnia. Nie ma mocy, która ją wyróżnia. Wręcz przeciwnie, ona tym się różni od reszty, że tych mocy nie ma. Wyróżnia się tym, czego jej brakuje. Nie ma ogona i magicznych mocy, a wszyscy inni to mają. Zawsze jej czegoś brakuje, może dlatego jest tak bardzo lubianą bohaterką.

Jest niedoskonała, bo jest człowiekiem.

No właśnie! Jest człowiekiem i to jest okropne (śmiech).

Twoim bohaterowie mają własny język i nie jest to zawsze norweski. To jest dla Ciebie ważny składnik ich świata?

Miałam dużo zabawy, gdy tworzyłam ten język. Zresztą z tym wiąże się niesamowita historia. Chciałam stworzyć język dla Ślepców i siedziałam sobie w kawiarni i myślałam, że chciałabym znać język staro-nordycki, czyli język Wikingów. Nie minęło 5 sekund i ktoś w tej kawiarni powiedział w rozmowie, że pisał pracę magisterską ze staro-nordyckiego. Obróciłam się i nie wierzyłam, że to się dzieję na prawdę. Stwierdziłam, że to musi być przeznaczenie i zagadałam do tej osoby. Okazało się, że on jest wielkim fanem fantasy i językoznawcą specjalizującym się w językach wikingów. Zaczęliśmy rozmawiać i tak się zaczęła nasza nie tylko współpraca, ale i wielka przyjaźń. Powiedziałam, że chciałabym język trochę nordycki, trochę skandynawski i żeby brzmieniem przypominał dźwięki, jakie wydają kruki. On to zrobił. Stworzył cały język Ślepych! Bardzo trudny, nie byłabym w stanie go się nauczyć. Oczywiście ja w książce wykorzystałam fragment tego języka. Może kiedyś skorzystam jeszcze z niego, żeby ta praca nie poszła na marne.

Czy Twoi bohaterowie potrafią Cię zaskoczyć, czy masz już wszystko zaplanowane jak siadasz do pisania?

Cieszę się, że o to zapytałaś, bo jest to dla mnie ważne. Kiedy pisałam pierwszą książkę nie miałam planu, tylko natchnienie. Pisałam scenę i skreślałam. Nie wiedziałam, gdzie chcę dojść. W pewnym momencie rozpisałam sobie wszystko na ścianie i doszłam do wniosku, że może fabuła powinna układać się jak w muzyce. Czułam się jakbym odkryła koło! Odpaliłam Googla i okazało się, że są całe książki o strukturze narracji i że nie tylko ja mam z tym problemy! Pierwszą książkę przepisywałam kilka razy, ale drugą i trzecią miałam całą zaplanowaną co do jednej sceny.

Moim zadaniem jako pisarza, jest wywoływanie pewnych uczuć, ale jak mam o nich pisać, jak sama nie wiem dokąd zmierzam. Nigdy nie będę już pisać bez planu. Oczywiście są pisarze, którzy piszą z natchnienia. Podobno King tak właśnie pisze, ale ja myślę, że on ma w głowie już wszystko zaplanowane od początku do końca.

Czasami czytelnicy pytają się mnie, czy nie jest nudno pisać książkę, która jest już cała zaplanowana. Dla mnie to jest cudowne, bo już nie mam presji. Nie panikuję, bo wiem co jak to się wszystko skończy, mogę się poświęcić pisaniu.

Zaprojektowałaś do swoich książek też okładki. To ważne dla Ciebie panować nad całością swojego dzieła?

Tak! Całe życie pracowałam jako grafik i byłam w tym dobra. Wiedziałam, że jestem w tym dobra. Gdy napisałam swoją pierwszą książkę nie byłam pewna czy jest dobra. Bo to była moja pierwsza książka. Kiedy poszłam do wydawcy powiedziałam, że może ingerować w książkę, ale w okładki nie! Książka została wydana w dziesięciu językach i we wszystkich były użyte moje okładki. To mi sprawiło dużą przyjemność.

Większość okładek fantasy jest przeładowana. Są tak smoki, miecze, medaliony. Chciałam, żeby moje okładki były czyste i minimalistyczne. Chciałam, żeby w jednym obrazie była zawarta cała treść książki. Wiele osób mi mówiło, żebym nie robiła białego tła, bo książki nie będzie widać w księgarni, ale jeśli tylko moje książki mają białe okładki, to właśnie się wyróżniają wśród innych.

Śmieszne jest to jak słyszę, że najfajniejsze w zawodzie pisarza jest oglądanie okładek swoich książek w innych krajach. Dla mnie to nie jest fajne, ja lubię najbardziej swoje!

Twoje książki są o odmieńcach, dziwakach, ale jednocześnie to opowieści o rasizmie i ksenofobii. Dlaczego tak ważne tematy włączyłaś do literatury gatunkowej - fantasy.

Kiedy tworzę nowy świat, nie muszę liczyć się z już istniejącymi uprzedzeniami. Gdy napisałabym książkę o ksenofobii dziejącą się na Bliskim Wschodzie czytelnicy mieliby z góry już jakieś poglądy na tę sytuację. Kiedy piszę o konflikcie między Królestw, których nikt nie zna, mogę zacząć od zera.

Hirka jest człowiekiem i z tego powodu jest prześladowana. Wszyscy moi czytelnicy mogą się z nią utożsamiać, bo póki co wszyscy moi czytelnicy są ludźmi. To jest taka sztuczka, którą zastosowałam. Bo wszyscy uważamy, że prześladowanie kogoś tylko z tego powodu, że jest człowiekiem jest nie w porządku.

Dlatego fantasy jest dobrym medium, bo pozwala na odizolowanie problemów od istniejących uprzedzeń. Dla mnie istnieje fantasy albo nic!

Skoro książki dla Ciebie to tylko fantasy, to jakie książki Ciebie ukształtowały? Czy masz jakąś ulubioną?

W dzieciństwie bardzo dużo czytałam. Najpierw bajki, a później fantasy, więc poniekąd kontynuowałam magiczny trend. Nigdy nie zapomnę opowiadania Astrid Lindgren, myślę że ta opowieść o nieszczęśliwej dziewczynce mnie ukształtowała. Bohaterka przechodzi do innego świata, gdzie spotyka koleżankę, mają wspaniałe przygody. Pewnego dnia główna bohaterka dostaje pieska i okazuje się, że wszyscy z jej magicznego świata umarli. Bardzo mnie to poruszyło, myślę, że to była bardzo drastyczna opowieść. Jak miałam osiem lat, to dopisałam alternatywne zakończenie do tej historii.

Później była seria komiksów „Sandman”, którą czytałam przez całą dekadę i zdefiniowała moją erę emo.

A co teraz czytasz? Może polskich autorów?

Tak! Mam w plecaku polską książkę, którą dał mi przyjaciel. „Podróże Herodota” Ryszarda Kapuścińskiego. Jest świetnie napisana! Jest dużo książek, które muszę przeczytać. Nowości fantasy i książki moich kolegów pisarze, których teraz mam coraz więcej (śmiech). Teraz czytam Laini Taylor „Córkę dymu i kości”, to jest taki „Romeo i Julia” z kłami i szponami, niesamowicie dużo dzieje się w tej książce. Mam długą listę książek do przeczytania.

A lubisz audiobooki?

Lubię. Słucham ich podczas jazdy samochodem. Moja książka też jest wydana w postaci audiobooka. Bałam się na początku, bo czyta ją starszy lektor, a przecież to opowieść o piętnastoletniej dziewczynie, ale książka jest świetnie przeczytana. Czytelnicy lubią tego lektora

Czasami autorzy czytają sami swoje książki.

O, nie! Pochodzę z północnej Norwegii i mój dialekt jest specyficzny. Mówimy z opadającą tonacją i wszystko brzmi u nas ponuro i depresyjnie (śmiech).