Pani Furia u Książniczek

Książniczki
10 listopada 2016

Grażyna Plebanek o kobiecości, feminizmie, czarnym proteście i macierzyństwie.

Walczymy teraz o szacunek w życiu codziennym…

Czy pisarz jest barometrem nastrojów społecznych?

Moją rolą, jako pisarki, jest po prostu pisanie dobrych książek. Bez zadęcia. Takich książek, które kogoś zainteresują. Nie są opisem jakichś moich frustracji, tylko dobrze opowiedzianą historią. Mam taką starą zasadę oświeceniową, która zamyka się w trzech słowach: wzruszać, bawić, uczyć. Uważam, że tak właśnie powinna być tworzona literatura. Z drugiej strony podoba mi się, kiedy dostrzegam w książkach to, że mam z kimś wspólne przeczucia. Ja też przeczułam tę złość, która się właśnie wylała.

Wstąpiła w nas furia?

Tak. Jest jakiś ruch, kolejna fala feminizmu, takiego obyczajowego. Kobiety, chociaż pracują, płacą podatki, głosują, są wciąż postrzegane przez pryzmat seksualności. Nosimy makijaż, malujemy paznokcie itd. Jeżeli będziemy to robiły dlatego, że lubimy kolory na paznokciach, że nam się podoba zabawa makijażem, sprawia nam to przyjemność, to jest to OK. I oczywiście faceci niech sobie też to robią, jeśli chcą. Ale jeśli musimy robić to, żeby podnieść nasze szanse na zdobycie pracy, to nie jest to w porządku. Jeśli o mojej zawodowej wartości miałoby świadczyć to czy jestem ładna, czy nie, to mamy już do czynienia z podwójnymi standardami. W czasie protestów w Brukseli krzyczałyśmy, że walczymy o godność dla kobiet, że mamy dość pogardy wobec kobiet. No bo to jest pogarda.

Angażujesz się politycznie. Czy pisarz powinien uczestniczyć w debacie społecznej? Czujesz takie posłannictwo?

Pisarz może się izolować, jeżeli ma ten luksus. Ja uważam, że tego luksusu nie mam. Ale działalność społeczna czy polityczna - aby coś wywalczyć - stosuje uproszczenia. Aktywiści są ludźmi, którzy często wygłaszają maksymy, których pisarz mógłby się powstydzić. Właśnie przez uproszczenia. Na aktywistkach wzorowałam się, tworząc w „Pani Furii” postać mamy Issy. Ktoś mi powiedział, że to, jak mówi mama Issa jest sztuczne i nikt tak nie mówi. No więc odpowiadam: „Właśnie, że mówi. Aktywiści tak mówią.” Role pisarza i aktywistki to dwie różne role. Aktywiści znają odpowiedzi. Pisarze zadają pytania. Muszę bardzo uważać, żeby nie zacząć pisać literatury ideologicznej. To jest duża pułapka.

Myślisz, że istnieje coś takiego jak siostrzeństwo kobiet?

Nie uważam, żeby kobiety były lepsze od mężczyzn. Ludzie są jacy są, wszyscy mają swoje wady. My po prostu jesteśmy grupą mniej uprzywilejowaną. I to też nas łączy, oprócz oczywiście wspólnoty doświadczeń, takich jak macierzyństwo. Jesteśmy wszystkie, w jakiś sposób, źle traktowane. Zwróćcie uwagę na kampanię Clinton i Trumpa. Jak Trump pokazuje swoje zdjęcie, gdzie jest otoczony kobietami półnagimi i opołowę od niego młodszymi, to wszystko jest w porządku. Gdyby Clinton zrobiła sobie takie zdjęcie, to usłyszelibyśmy, że jest starą ździrą i się puszcza. Czyli mamy podwójny standard obyczajowy. I to trzeba zmienić, bo wszyscy jesteśmy obywatelami, ludźmi.

Kobiety ciągle są postrzegane przez pryzmat swojej seksualności. Jak jest w Afryce?

To jest problem globalny. Właśnie dlatego ten wkurw się przetacza nie tylko przez Europę, ale zahacza też o Amerykę Południową i Azję. Czy Afrykanki też ruszą? Nie wiem. Powinny ruszyć, bo one mają jeszcze gorzej. W życiu codziennym spotykają się z podwójną dyskryminacją. Mają postkolonialny kompleks - zresztą słuszny - tego że ciało czarnej kobiety zawsze było przedmiotem. Ciała białych kobiet dzielą się na dwa typy: „madonny” i „dziwki”. Ale przynajmniej nasze ciała miały jakąś cenę, przyszły mąż płacił coś ojcu. Natomiast Afrykanki, przez ten kontekst kolonialny, były do wzięcia zawsze. I to za darmo. Za kolor skóry spotyka je rasizm, a za bycie kobietą – seksizm. One czują się podwójnie upokorzone i pogardzane. To się pojawia teraz w intelektualnych rozważaniach na temat uprzedmiotowienia ciała czarnej kobiety.

W Afryce są 54 kraje i każdy ma inną postkolonialną historię. Na przykład Senegal ma tradycje poligamiczne, tam kobiety bardzo ze sobą konkurują, ale poligamia ma swoją strukturę obyczajową - mężczyzna ma tyle kobiet, na ile go stać, to jest system ustrukturyzowany i ma swoje zasady.

W Afryce nie ma takiej uprzywilejowanej klasy, jaka powstała w Europie i Ameryce po rewolucji przemysłowej, kiedy to zrodziła się klasa próżniacza, a w niej wykwitło zjawisko „housewives”, nie pracujących żon, których mężczyzn stać na to, żeby je utrzymywać. Był taki moment w historii Konga i Ruandy, że kolonizatorzy wychowywali sobie klasę swoich namiestników, których żony miały funkcjonować na podobieństwo kobiet białych. To byli tzw. evolue. Czarni mężczyźni z tej klasy byli urzędnikami na średnim szczeblu i przyjmowali europejski styl życia, ubioru i zachowania. Ich żony zaś przechodziły kursy dla „housewives” – uczyły się jak prowadzić mężowi dom. Ale dla Afrykanek to było niezrozumiałe - one zawsze zajmowały się gospodarstwem domowym, w tym sensie pracowały zawsze, jak polskie chłopki, żony rzemieślników, mieszczanki.

Ciężko było Ci się wcielić w czarnoskórą bohaterkę?

Strasznie ciężko. Do tej pory uważam, że ona jest moją hybrydą. Hybrydą tego co ja sądzę na ten temat. Jak prezentowałam „Panią Furię” na festiwalu w Brukseli i fragmenty były czytane głośno po francusku, to siedziałam zmartwiała. Bałam się, co belgijscy słuchacze będą sobie myśleć. Bo ja sobie trochę uzurpuję ich temat. Na szczęście literatura od tego jest, od przekraczania, wychodzenia poza swoje doświadczenie. Nie jestem przecież reporterką. To jest mój własny głos, od początku do końca. Ale podobało im się, mówili, że podobnie pamiętają zmianę krajów, zgadzały się nawet drobne obserwacje. Odetchnęłam z ulgą. Nie chciałam, żeby to, co opisuję nosiło piętno egzotyczności. Wyobraziłam sobie, jakby ktoś opisywał Polkę i skupiał się na kwestii blond pasemek, czy Cepelii. Przede wszystkim starałam się wniknąć w świadomość tego pokolenia ludzi, które z Afryki przeniosło się do Brukseli. Chciałam wchłonąć mentalność człowieka, który musi się odnaleźć pomiędzy dwiema kulturami - jedną trochę zapomnianą, a drugą nie do końca zaabsorbowaną. Byłam też w Afryce, w Kinszasie, poznałam tam tych, którzy nie wyemigrowali do Europy, słuchałam, jak sobie radzą z rzeczywistością postkolonialną. Czytałam dużo o kolonizacji umysłów. Mieszkańcy państw afrykańskich - niepodległych już od kilkudziesięciu lat - wciąż mówią o skolonizowaniu umysłów.

A myślisz, że asymilacja jest możliwa?

Jest możliwa. Kongijczycy w Brukseli się asymilują. Oczywiście zawsze czują swoją inność, ale Bruksela jest już do tego przyzwyczajona. Wszędzie wygra wielokulturowość, demografia już to pokazuje. W Stanach to się dzieje, dlatego taki nagły opór przed tym, ze strachu przed utratą białych przywilejów.

Twoje bohaterki są silne?

To rzeczywiście silne kobiety. Takie mi wychodzą.

Może dlatego, że sama taka jesteś?

Chyba tak. Dlatego bardzo walczyłam ze sobą, żeby stworzyć autentyczną postać słabej kobiety, którą jest matka głównej bohaterki. I chyba mi się udało.

Nie cierpisz tej bohaterki?

(śmiech) Aż tak to widać? No, trochę mnie denerwuje (śmiech).

Jak zbudowałaś swoją siłę?

Jako matka i jako pisarka. Mam też dobre wzory. W moim domu były świetne kobiety. Tradycje AK, ratowania Żydów, działalność charytatywna, utrzymywanie rodziny w dramatycznych sytuacjach, walka o siebie, swoją niezależność. I godność. Ja to zassałam. Przełomowym doświadczeniem było macierzyństwo. Jak zostajesz matką, to nie ma na ciebie mocnych. Jesteś lwicą. Biedni ci populiści, którzy ograniczają prawa kobiet - nie wiedzą, z kim zadzierają. Wkurwione kobiety są straszne, jak furie. Według mitologii, były to bóstwa tak groźne, że nie śmiano wymieniać ich z imienia. Ze strachu nazywano je Łaskawymi, Czcigodnymi albo Klątwami. Ścigały prześladowców słabszych, do skutku.

Dlaczego uprawiasz boks?

Trenuję, bo dzięki temu mam dobry kontakt ze swoim ciałem. I jak nie mogę czegoś werbalnie ogarnąć, to boksuję.

Skoro walczymy o równość, to chyba należałoby też na ringu - stanęłabyś do pojedynku ze Szczepanem Twardochem?

(śmiech) Lubię Szczepana, wspólny trening byłby fajny. Może sparring przyjacielski? Faceci są w ogóle dżentelmenami podczas sparingów.

Nadstawiają drugi policzek?

No nie, ale nie uderzają zbyt mocno. Jak mówię, że wyjeżdżam, bo mam konferencję, to pilnują się, żeby mi za mocno nie przywalić. Ale jeździłam też na te kongresy z sińcami i wszyscy myśleli, że jestem ofiarą przemocy domowej.

Jaka jesteś?

Jestem ciekawska. Ale nie ludzkich plotek, tylko życia. Dlatego zaglądam do różnych krajów, kultur, religii. Boksuję, żegluję, podróżuję.

A co konstytuuje Cię jako kobietę?

Macierzyństwo. Zdecydowanie! I pisanie, oczywiście.