Książka czy serial? Stefanem Ahnhemem u Książniczek

Książniczki
13 października 2016

Sam o sobie mówi: Quentin Tarantino szwedzkiego kryminału i nie dba o oczekiwania czytelników. Zwodzi, podpuszcza i zaskakuje, a my jesteśmy zachwyceni!

Stefan Ahnhem to szwedzki pisarz i scenarzysta. Czytamy dużo kryminałów, ale przy jego książkach naprawdę się bałyśmy! Ahnhem nie ma litości dla swoich bohaterów i czytelników.


Wszyscy Szwedzi piszą kryminały?

Rzeczywiście jest to dosyć powszechne zajęcie. Pisanie w ogóle, ale pisanie kryminałów w szczególności. Według statystyk w Szwecji publikowany jest więcej niż jeden kryminał dziennie. To jest szalone! Co roku w Szwecji ukazuje się zatem przynajmniej 366 kryminałów. Nie wszystkie trafiają jednak do szerokiej dystrybucji. Część jest wydawana przez samych autorów w bardzo małym nakładzie. Nie każdy więc osiąga sukces, ale rzeczywiście konkurencja na szwedzkim rynku jest bardzo duża. Jest bardzo wielu zdolnych autorów. Jeśli zatem komuś uda się w Szwecji, to można uznać za pewnik, że uda mu się też na świecie.

Szwedzkie kryminały to już literacka marka. Nie boisz się porównań z najlepszymi?

Wręcz przeciwnie, uwielbiam być porównywany z najlepszymi! To jest dla mnie wielkie wyzwanie i bardzo to lubię.

Czemu Szwecja jest takim zagłębiem powieści kryminalnych?

Myślę, że mamy bardzo dobrze wyrobiony kryminalny warsztat pisarski. Od dawna ostrzymy ten nóż (śmiech). Używamy go więc coraz sprawniej. Zadajemy szybki i celny cios (śmiech). Korzenie sięgają jeszcze lat 60-tych, a potem byli Henning Mankell czy Stieg Larsson. Dzięki temu, że bardzo wielu Szwedów pisze kryminały i że ukazuje się ich bardzo dużo, to prawem skali część musi z nich być dobra. To jak ze złotymi czasami szwedzkie tenisa. Wówczas po prostu wielu ludzi trenowało, to trafiało się i więcej mistrzów. Szwedzi są uparci. Jak postanowią w czymś być dobrzy, to nie przerwą tego. Ale myślę sobie, że nie powinniśmy sami tego analizować. Sądzę, że to zadanie dla Was. Dopiero spojrzenie z dystansu może dać odpowiedź. My sami jesteśmy jak chrabąszcz, który fruwa wokół kwiatka. Może fruwa dobrze, ale przecież sam do końca nie wie po co to robi

W swojej najnowszej książce "Dziewiąty grób" piszesz, że Szwecja to "tysiąc zakazów i nakazów". Rzeczywiście tak jest?

Mówi się, że Szwecja to jest kraj najróżniejszych zakazów i nakazów, ale ja bym powiedział, że już tak nie jest. Choć oczywiście mamy dość duże w porównaniu z innymi krajami obostrzenia w handlu alkoholem. To zwykle dziwi przyjezdnych. Mamy specjalną państwową sieć sprzedaży alkoholowej. Tylko w sklepach "Systembolaget" można kupić trunki. Nie możesz sobie iść do kiosku na rogu czy do najbliższego sklepu "7 Eleven" i tam kupić butelki wina. Po alkohol chodzi się do konkretnego sklepu, który jest czynny tylko w określonych godzinach. Ale poza tym, to uważam, że Szwecja jest dosyć liberalna.

Czytelnicy w Szwecji są tacy wymagający?

Chodzi raczej o wydawnictwa. Jeśli książka jest sukcesem w Szwecji - znajdują się chętni na wydanie jej w innych krajach.

Dzisiaj mówi się, że konkurencją dla literatury są seriale. I że to właśnie dlatego powieści są dziś coraz dłuższe. Czy twoje doświadczenie jako scenarzysty pomaga ci w pisaniu książek?

Oczywiście, że korzystam z tych doświadczeń. Bardzo długo pracowałem jako scenarzysta w branży filmowej i telewizyjnej. Dzisiaj ogląda się bardzo dużo seriali. Są to często produkcje wyjątkowo ambitne, długie i złożone. Historie opowiadane w serialach stały się skomplikowane. Kiedyś opowiadało się proste rzeczy. Serial podejmował jakiś wątek i dopiero jak on się kończył, pojawiał się następny. Teraz seriale są wielowątkowe, historia dzieje się na różnych płaszczyznach. Tak jest w wielkich hitach jak "Gra o tron" czy "Breaking Bad." Myślę, że czytelnicy oczekują tego samego od książek. Wątek nie może już zajmować kilku-kilkunastu stron. Opowieść musi zmieniać rytm, wątki muszą się mieszać. Seriale i książki rzeczywiście ze sobą obecnie konkurują. Chodzi przede wszystkim o czas ludzi - widza i czytelnika. Z pracy wraca się późno, trzeba się zająć domem, dziećmi. Kiedy przychodzi wieczorem trochę wolnego czasu - trzeba coś wybrać. Wolałbym oczywiście, aby ludzie wybierali książki, ale prawda jest taka, że częściej wybierane są jednak seriale.

Nie wrócisz już do pracy scenarzysty? Literatura to kolejny etap twórczy? Serial cię ograniczał?

Przy pracy nad serialem rytm wygląda tak - trzeba pisać odcinek za odcinkiem. Wszystko musiało się rozegrać w 90 minut. Zbrodnia, śledztwo, rozwiązanie zagadki i napisy końcowe. Wszystko musiało się zamknąć. Tymczasem w powieści wszystko dzieje się wolniej, a wszystko zajmuje więcej czasu. Chcę teraz aby moje historie były dłuższe, bardziej złożone, składały się z kilku równoległych wątków. Dla mnie pisanie powieści było rzeczywiście rozwijające.

Ale twoje książki są napisane bardzo filmowo. Odruchowo piszesz pod ekranizację?

Rzeczywiście szybko dostałem propozycję by przenieść moje powieści na ekran telewizyjny. Powstanie serial na podstawie moich książek. Każdy sezon to będzie podzielona na 10 odcinków któraś z moich powieści.

Bohater twojej książki "Dziewiąty grób" - Fabian Risk - ma rodzinę, nie pije, naprawdę się stara. To nie jest taki stereotypowy bohater szwedzkiego kryminału.

Właśnie o to mi chodziło. Cieszę się, że to zauważyłyście. Trochę męczył mnie już ten stary typ detektywa. W większości książek to jest taka postać, która wszystko straciła. Ma już tylko swój jazz albo swoją operę. Żyje w samotności, bo za dużo pracował. Wszyscy go porzucili. Dzieci i żona odeszli. Ja natomiast chciałem stworzyć takiego policjanta, który będzie jak my wszyscy. Fabian chce być dobry, chce robić dobre uczynki, ale czasami mu się nie udaje, bo za dużo pracuje. On ma problemy w swoich relacjach z ludźmi. Jest na skraju rozwodu, ale wcale nie chce się rozwodzić. Bardzo kocha swoją żonę, chce się zajmować swoimi dziećmi. Ma sporo wyrzutów sumienia z powodu tego jak traktuje swoje dzieci. Bo jak tylko robi się jakoś tak rodzinnie, to dzwonią do niego z pracy i wzywają go. Ciężko mu się zaangażować w codzienne życie rodzinne. Chciałem też, aby mój bohater był młodszy. Byłem strasznie zmęczony Kurtem Wallanderem - 60-latkiem, który miał upodobania stosowne do swojego wieku. Tymczasem Fabian Risk jest dużo młodszy i w związku z tym ma młodszy gust muzyczny, co bardzo mnie cieszy. Nie jest ekspertem jeśli chodzi o wina. To też jest takie charakterystyczne jeśli chodzi o 40-latka. Mogę wam zdradzić pewną tajemnicę. Fabian jeździ na deskorolce. Nigdy tego nie robi w książce, ale zapewniam - jeździ na niej. Chciałem, żeby był zwyczajny, bo niezwyczajni są w moich książkach wszyscy mordercy i przestępcy. Oni mają wręcz nadprzyrodzone moce, bo robią różne niewiarygodne rzeczy. Policjanci zaś to tacy normalsi.

Kiedy czytałyśmy Twoje książki, to nie tyle czułyśmy niepokój, co po prostu się bałyśmy. Świat, do którego nas zapraszasz jest bardzo mroczny. Czy to dlatego, że współczesny czytelnik zobojętniał już na przemoc i potrzeba naprawdę naprawdę wstrząsających, makabrycznych zbrodni aby przykuć jego uwagę?

Nigdy nie robię tego, czego wymaga ode mnie czytelnik. I nigdy nie mógłbym pod tym kątem cenzurować moich własnych historii, moich własnych książek. Czemu ta brutalność? O tym właśnie piszę historie. Jeżeli jest tak, że jakiś bohater, jakaś postać w mojej książce, musi wyciąć organy z ciała innego człowieka, to to musi być krwawe. Kolokwialnie mówiąc - flaki muszą wyłazić na wierzch. Jeżeli opisuję scenę seksu, to muszę to zrobić najlepiej jak potrafię. To znaczy, żeby czytelnik nie musiał sam jej sobie wyobrażać, ale miał ją wyraźnie przed oczami. Tak samo jest z opisem wszystkich emocji. Chcę, żeby emocji już były w mojej książce, a nie dopiero wytwarzały się w głowie mojego czytelnika. Czytelnik musi odczuwać to samo co ja. I chodzi mi zarówno o przemoc, jak i dobre emocje, na przykład miłość do dzieci. Nie chcę niczego przefiltrowywać czy zamiatać pod dywan. Wydaje mi się, że moje książki są trochę podobne do filmów Quentina Tarantino. Chodzi mi o to, że kiedy on pokazał swoje pierwsze filmy - wszyscy byli zszokowani. Pytano: "Jak można coś takiego pokazywać!?". Uznano nawet jego filmy za kino klasy B, bo za dużo jest tam przemocy. Tymczasem one są bardzo dobre. One są wręcz świetne. Uwielbiam je. Dialogi są w nich fantastyczne. Tak jak Tarantino, robię rzeczy, których właściwie nie wypada. A w jakimś sensie nawet nie wolno. Ale wtedy to staje się ciekawe.

Ale u Tarantino ta przemoc stała się z czasem mocno przerysowana. Trochę jakby on zaczął parafrazować sam siebie. Tej przemocy jest tam tak dużo, że ona przestaje oddziaływać jako przemoc. A gdy czytamy twoje powieści, naprawdę się boimy.

No to świetnie. Właśnie o to chodzi w moich książkach. Chcę pisać takie historie, które są totalnie zaskakujące. I - to zabrzmi paradoksalnie - chciałbym, aby mój czytelnik spodziewał się jednego - będą niespodzianki.


Bawisz się trochę czytelnikami?

Chcę trochę czytelnika podpuścić. Sprawić by wydawało mu się, że już wszystko wie, podczas gdy tak naprawdę nie wie jeszcze nic o mojej historii. To nie jest tak, że ja w ogóle nie myślę o moich czytelnikach. Ja tylko nie staram się odpowiadać na ich oczekiwania. Ja właściwie cały czas myślę o moich czytelnikach, jest trochę tak jakby oni cały czas byli obok mnie. Gdy piszę, to zawsze zastanawiam się w jakim momencie jest teraz czytelnik, jakie targają nim emocje, co może sobie teraz myśleć i jak może próbować przewidzieć kolejną scenę. Zdarza mi się, że chcę ominąć jego oczekiwania. Jeśli wydaje się być absolutnie pewne, że bohater skręci w prawo, to ja - o ile to będzie możliwe - sprawię, że on zupełnie nagle skręci w lewo. W powieści "Dziewiąty grób" na końcu pojawia się specjalny rozdział poświęcony pewnej postaci. Wydawać by się mogło, że to on będzie główną postacią kolejnej części z tej serii. Ale tak nie będzie. On się znów pojawi, ale na główną rolę jeszcze trochę poczeka. Chcę te postać dobrze zbudować. Ale jest jedno zastrzeżenie. Ja chcę omijać oczekiwania czytelnika, ale jednocześnie sprawić, że na końcu nikt nie poczuje się zawiedziony.

Z góry planujesz swoje książki? Czy też dajesz się trochę ponieść swojej historii i dopiero w trakcie pisania podejmujesz jakieś decyzje? Na przykład o tym, kto zginie.

Niektóre książki mam zaplanowane całkowicie. Tak jakby kiełkowało ziarno zasiane w poprzednich częściach cyklu. Ale są rzeczy, których nie potrafię przewidzieć. Dam wam przykład. W pierwszej książce o Risku - "Ofiara bez twarzy" - Fabian dopiero zaczyna pracować w policji w Helsingborgu. Ma iść na urlop, ale pojawia się śledztwo i bohater musi się jednak zabrać za pracę. Jeszcze nie jest gotowe służbowe biurko dla Fabiana. Korzysta więc z biurka kolegi, którego jeszcze nie zna. Z ciekawości zaczyna zaglądać do kolejnych szuflad. W pierwszej nic nie ma, druga też jest pusta. Trzecia, największa okazuje się zamknięta. Bardzo go to nurtuje. Jest niezwykle ciekawy co tam jest. Okazuje się, że pod blatem biurka przyklejony jest kluczyk do tej szuflady. Fabian go bierze, otwiera szufladę. No i pisarz powinien powiedzieć w tym momencie co jest w tej szufladzie. A ja nie miałem pomysłu. Sam byłem ciekawy co tam jest. Zakochałem się w tym pomyśle na zamkniętą szufladę, ale nagle się okazało, że muszę rozwiązać zagadkę, którą sam stworzyłem. Dwa dni chodziłem po lesie i myślałem o tym co powinno być w tej szufladzie. Okazało się, że są tam przeróżne koperty. Mniejsze i większe, cięższe i lżejsze. Wymyśliłem, że Fabian w końcu dochodzi do wniosku, że to nie są jego rzeczy i zamyka szufladę bez jej przeglądania. I po prostu nie przejmując się tym o wszystkim zapomina. Ale gdy książkę przeglądał redaktor, stwierdził, że to bez sensu. Skoro nic nie wynika z zawartości tej szuflady, to może lepiej wyrzucić tę scenę. A ja się uparłem przy tym strasznie. Zafiksowałem się na pomyślę, że jest tam coś ważnego. Zostawiłem to. I w trzeciej książce, której akcja dzieje się dwa lata po wydarzeniach z "Ofiary bez twarzy" - gdy już wymyśliłem co tam jest naprawdę w tej szufladzie - nagle się okazuje, że jej zawartość wywraca wszystko do góry nogami.

A jak jest ze zbrodniami w twoich książkach? Wszystko jest zaplanowane, czy np. jeśli kogoś nie lubisz, to ma szansę zginąć?

(śmiech) Zdarza się, że coś się zmienia w trakcie, że zaplanowałem, że komuś odbiorę życie, ale jak polubiłem tę osobę, to zmieniłem zdanie. Bywa też odwrotnie. Nie planowałem tego morderstwa, ale okazuje się, że ktoś musi umrzeć.

Odreagowujesz jakoś ten mroczny świat, który kreujesz? A może nie musisz?

Zaczynam po prostu kolejną książkę. Może nie zupełnie od razu, gdy skończę pierwszą, bo jest mnóstwo rzeczy, które trzeba zrobić, bo odłożyłem w czasie gdy pisałem. Więc chyba odreagowuję płacąc zaległe rachunki, zajmując się więcej dziećmi, gotując im obiady, sprzątać swój gabinet. Gdy piszę, to wszystko spada na moją żonę. A gdy już książka mnie zupełnie zmęczy - idę na siłownię. Wypacam z siebie całe zło.

Dlaczego to zło, ta ciemna strona rzeczywistości nas tak fascynuje?

Podejrzewam, że bardziej niż sama akcja, interesuje nas konflikt. Bo jeśli jesteśmy na przykład w restauracji, a jakaś para kłóci się przy sąsiednim stoliku, to mimowolnie zaczynamy się temu przysłuchiwać. Fascynuje nas ten konflikt. A najbardziej interesujące są oczywiście te konflikty na śmierć i życie. I wydaje mi się, że ten konflikt na śmierć i życie, który doprowadza człowieka do ostateczności sprawia, że dopiero wtedy okazuje się jaki ten człowiek naprawdę jest. Tak samo jest z bohaterami książek. Dopiero gdy okazuje się, że nie mają wyjścia ich prawdziwa natura wychodzi na jaw. To mnie bardzo fascynuje.


A gdzie szukasz inspiracji? W kronikach policyjnych? W gazetach?

Dużo czytam. Słucham wiadomości w radiu, oglądam programy informacyjne w telewizji. Żyję zwykłym życiem. Mam jednak bardzo dużą wyobraźnię. Moje książki to po prostu mieszanka tego wszystkiego. Pomysł na początek mojej trzeciej książki narodził się gdy poszedłem do fryzjera. Osiem, dziewięć lat temu czytałem sobie w poczekalni taką plotkarską gazetkę. I tam byłą opisana historia o dwóch bliźniakach, z których jeden siedział w więzieniu. Odwiedza go brat i oni zamieniają się miejscami. Gdy okazało się, że za kratami siedzi ten niewinny - musiano go wypuścić. Ponoć taka rzecz wydarzyła się w Szwecji nawet dwa razy. Zainspirowało mnie to. Wyobraźnia i zwykłe życie mieszają się ze sobą, a doprawiają to historie i anegdoty, które codziennie słyszymy. Tematem mojej drugiej książki "Dziewiąty grób" jest nielegalny handel ludzkimi organami do przeszczepów. Ale to jeszcze nie tworzy historii. To oczywiście okrutny i mroczny biznes, ale trzeba było jeszcze na tym tle opowiedzieć jakąś historię. Wymyśliłem więc kogoś, kto zbiera na powrót w jedno miejsce organy wewnętrzne swojej kochanki, które zostały rozdzielone między innych potrzebujących ludzi. To jest dopiero historia.

A czytasz kryminały innych autorów?

Czytam właściwie wszystko. Czytam sporo kryminałów, ale czytam też dużo historii miłosnych. Teraz na przykład zaczytuję się powieściami Eleny Ferrante..

A gdybyś złapał złotą rybkę i ona mogła spełnić jedno twoje życzenie. Ale tylko także związane z literaturą. To o co byś poprosił?

Żeby czytelnictwo się podniosło. Żeby ludzie na świecie czytali coraz więcej.

Literackiego Nobla byś nie chciał?

Na Nobla się nie nastawiam. Chciałbym mieć więcej czytelników. Ale nie narzekam, jest dobrze. Mogę żyć z pisania.

To niebywałe. Każdy szwedzki pisarz z jakim rozmawiamy czuje się szczęśliwy.

Ci z nas, którzy doszli tak daleko, że ich książki się tłumaczy i mogą z nimi na przykład przyjechać do Polski i spotkać się z wami to rzeczywiście ludzie szczęśliwi.