Andrzej Korzyński u Książniczek

Książniczki
20 kwietnia 2018

Szczęście to jest troszkę iluzoryczna sprawa

"Znam wszystkie wasze numery" to wywiad rzeka. Z Andrzejem Korzyńskim rozmawia Maria Szabłowska. Korzyński jest autoironiczny, zabawny, refleksyjny. Ze wspomnień i anegdot buduje bardzo barwny świat. Świat powojennej Warszawy, przyjaźni z Andrzejem Żuławski, muzyki filmowej i popularnej. Utwory Korzyńskiego znacie na pewno. Nam zdradził, co jest ważne w pisaniu hitów.


Gdyby ktoś miał nakręcić o Panu film, to byłby to Andrzej Żuławski, Andrzej Wajda czy Jerzy Gruza?

Ponieważ ja mam autoironiczny stosunek do samego siebie, to chyba byłby to Gruza. Żuławski to jednak bardzo sieriozny facet. Wajda miał duże pokłady humoru, więc może on? To wymagałoby od tego człowieka, który by się podjął takiego zadania dużych pokładów humoru i dowcipu. Dlatego, że ja nawet o poważnych sprawach staram się mówić żartobliwie. Niespecjalnie kręci mnie nadmuchiwanie balona i pójście w kierunku martyrologicznych wspomnień. Dlatego zawartość tej książki jest, jaka jest. I tak sporo dowcipów wydawca wywalił. Było ich o wiele więcej!

To jest Pana motto – o poważnych sprawach w lekki sposób?

Wie Pani, tak łatwiej się żyje. Oczywiście, żeby łatwo żyć, to trzeba jeszcze mieć z czego żyć. To leży u podstaw każdej egzystencji. Człowiek jest o wiele swobodniejszy, jak nie ma pustego konta w banku i nie musi walczyć o każdy zarobiony grosz. Jeżeli jest jakaś stabilizacja, przynajmniej taka, że można sobie pożartować, to należy z tego korzystać. Zauważyłem też, że ludzie wolą mieć do czynienia z osobami, które potrafią mieć autoironiczny stosunek do samego siebie oraz do świata. Nie można cały czas przeżywać tego, co się dzieje wokół nas, bo dzieją się rzeczy straszne. Gdybyśmy się zagłębili w ten kanał, to już tylko trzeba szukać suchej gałęzi, żeby się powiesić.

Nie traci Pan humoru?

Nie. Czasem miewam dołki i wtedy dzwonię do Gruzy. A jak okazuje się, że Gruza też ma dołek, to już wtedy nie ma rozmowy.

A co ze szczęściem?

Niewątpliwie je mam. Oczywiście szczęście to jest troszkę iluzoryczna sprawa. Żeby mieć szczęście, to trzeba w pewien sposób żyć, zachowywać się i nie być takim osobnikiem nieprzystosowanym, którego ludzie w zasadzie nie cierpią. Ludzie nie bardzo lubią wysłuchiwać o kłopotach innych. Mają swoje własne. Wolą znaleźć pomost w kierunku lepszego życia, czegoś miłego. I dlatego ja starałem się tę książkę utrzymać w takim duchu, choć oczywiście są momenty wspomnień o moich wspaniałych przyjaciołach, którzy już nie żyją.

A szczęściu można łatwo dopomóc. Wystarczy być miłym dla ludzi. Najprostsze rozwiązanie. Głupi przykład - jeżeli ja wchodzę do sklepu i jestem miły dla ekspedientki, zażartuję i powiem, że ładnie wygląda, co mnie przecież nic nie kosztuje, to ta osoba zaraz jest zupełnie inna w stosunku do mnie.

A kto by skomponował muzykę do filmu o Panu?

Sam bym sobie napisał! Mnie się dosyć łatwo pisze i rzeczywiście ja bardzo dużo napisałem. Nie mam kłopotów z wymyślaniem tematów, co jest w dzisiejszym świecie trudne. Jest 12 półtonów. To ile można tym obracać? Jak ja słyszę piosenki, to słyszę po raz dziesiąty reminiscencje, że to już gdzieś było. Daniel Wyszogrodzki, z którym robiłem w Teatrze Roma musical „Akademia Pana Kleksa” wystawił mi fantastyczną opinię. Powiedział, że mam łatwość pisania melodii i tematów, i że one nie przypominają żadnych już znanych!

„Żółte kalendarze” – pana pierwszy wielki hit.

To pierwsza piosenka, która mnie ustawiła. Głównie finansowo. Nie spodziewałem się, że można zarobić aż tyle pieniędzy. Miałem dotąd jakieś 300 złotych miesięcznie, bo grywałem na różnych akademiach, czasem komuś akompaniowałem. Kiedy pracowałem w radio miałem kontakt z ludźmi, którzy zarabiali na piosenkach ciężkie pieniądze. Zaprzyjaźniłem się z Jerzym Abrantowskim. On jako jedyny miał klucz do organów Hammonda, które radio kupiło. Pożyczał mi czasem ten klucz, bo ja na Akademii Muzycznej przez rok studiowałem organy i umiałem grać nogami. Do tego stopnia się zaprzyjaźniliśmy, że mi poradził, że jak chcę się ustawić, to muszę napisać i wydać hit. Musiał jednak spełnić kilka warunków: zostać wydany na płycie, wydrukowany w nutach, a melodie musi spopularyzować radio. Te trzy rzeczy na raz. Nagrałem „Żółte kalendarze” z Piotrem Szczepanikiem. Oprócz tej piosenki powstały jeszcze trzy inne. Wszystko mogło zostać wydane na tzw. czwórce. Piosenki wydał Veriton. Sprzedał pół miliona tych „czwórek”. Popłynął deszcz pieniędzy. Chwycili to „pocztówkarze”, którzy tworzyli tzw. pocztówki muzyczne. Nagrywało się „Żółte kalendarze”, a oprócz tego jakieś życzenia typu „Dla kochanej Joli od zakochanego Zygmunta”. Te pocztówki szły jak woda. I z tego też były oczywiście pieniądze. A potem, jak skomponowałem „Kochać, jak to łatwo powiedzieć” to trafiłem kolejną piosenkę roku. Szczepanik był wtedy absolutnie na topie.

Jak się pisze hit?

Nie ma recepty. Albo się umie, albo nie. To jest w głowie. Siadam do fortepianu, patrzę się na tekst i to jest pięć minut.

Na początku musi być tekst?

Wolę. Dlatego, że rytm i fraza decydują o tym, jaka ma być muzyka. Często autorzy nie potrafią wejść w rytm i frazę muzyczną i są kłopoty, bo to jest kwestia rozłożenia akcentów. Dobry utwór, który się zapamiętuje, powinien mieć jednosylabowe wyrazy tworzące rym. To brzmi najlepiej. Polski język jest pod tym względem bardzo trudny. W języku angielskim nie ma sprawy. Wtedy tekst podbija rytm i frazę muzyczną. Inaczej tekst jest rozwlekły i się nie klei. Czasami można to wyczuć, że tekst sobie, a muzyka sobie. Jak pisałem swoje teksty do muzyki, to u mnie się akcentowało:

I gaz do dechy

I wypuszczam czad

Z aparatury

Co ma tysiąc wat

To jest już muzyka w tekście. Dlatego te piosenki, między innymi Franka Kimono, tak chwyciły.

Bardzo chwyciły. Nie ma Pan wyrzutów sumienia, że „Mydełkiem Fa” spopularyzował Pan disco polo?

To dziennikarze spopularyzowali, a mnie łatę przypinają. Tu akurat czysta sprawa była. Pośmialiśmy się. Zrobiliśmy pastisz. Mój syn napisał muzykę i zaaranżował ją na elektronicznych instrumentach. Wyszło coś bardzo śmiesznego i wszyscy się bawili. I tego przez pół roku nigdzie nie było. Nikt nie chciał tego puszczać. Radio odmówiło. Szło to raczej w kierunku zapomnienia. Ja jeszcze z Markiem Kondratem napisałem szereg innych piosenek, równie śmiesznych. Nigdzie nie zostały puszczone. Szkoda, bo to są fajne numery.

I co się stało?

Ktoś to zawiózł do Chicago, do amerykańskiej Polonii. Polonia chwyciła i pół roku „Mydełko” było tam na pierwszym miejscu. No to, jak w Ameryce się podoba, to tutaj od razu się przyjęło. Wtedy zaczęły się korowody. Ci, co nam zazdrościli, że nam się numer udał musieli to w jakiś sposób opluć. No a jak można opluć? Najpierw pisali, że to „muzyka chodnikowa”. Od straganów z kasetami rozkładanymi na chodnikach. Ale tam leżeli też Rolling Stonesi i Beatlesi. Wszystko tam leżało, więc wszystko to była muzyka chodnikowa. A potem wymyślili to disco polo. Ale to by się i tak pojawiło. Dziura po kujawiakach i obertasach na wsi i małych miasteczkach musiała jakoś zostać wypełniona. No to powstało disco polo, które działa na zasadzie „umpa umpa umpa umpa.” Czyli podstawowy rytm, o którym napisałem w książce, że ludzie go tańczą osobno i się nie kopią po nogach. Dzięki temu się fajnie tańczy. A jeszcze można machać rękami. No i super. Disco polo. Takie samo jest włoskie italo disco, tylko ma lepszy język. Zachodni. Nie mówiąc o tym, że cała masa piosenek anglosaskich to też jest takie właśnie disco.

Pan się nie boi eksperymentować.

Teraz już wszystko wolno. Jak było „Mydełko Fa”, to jeszcze była ambitna piosenka. Teraz nikt na to nie zwraca uwagi. Kiedyś za nic by nie puścili disco polo w telewizji, a teraz zachłannie się na to rzucają. Pieniądze są najważniejsze. No i oglądalność. Przedtem te zespoły występowały w remizach strażackich i w stodołach na wsi. Byłem kiedyś na weselu i widziałem jak to wygląda. Rzeczywiście, było to straszne. Straszne! Facet miał nagrane zapętlone bębny na komputerze, do tego umiał parę akordów i sam coś podśpiewywał. Walenie było równe i wszyscy skakali jak na gumce. Jeden rytm. Umpa umpa umpa umpa. Katastrofa. Teraz to się troszeczkę muzycznie poprawiło. Pojawiły się lepsze instrumenty, nauczyli się grać, ale poza tym nie oszukujmy się, te wszystkie loopy to wymyślili informatycy japońscy i amerykańscy. Można kupić „parapet”, wcisnąć guzik i już ma się dobry podkład.

Boli Pana słuchanie złej muzyki?

Nie słucham złej muzyki. Jak mam czegoś posłuchać, to mam wybrane kawałki, które lubię. Uwielbiam Raya Charles’a. Bardzo często go sobie puszczam. To zresztą był facet, który wprowadził mnie w rozrywkę. W ’59 jak usłyszałem jego płytę, a byliśmy wtedy z Żuławskim w Menton we Francji, to coś we mnie eksplodowało. Stąd moje zainteresowanie muzyką popularną. Kończyłem wyższą szkołę muzyczną pod kierunkiem prof. Kazimierza Sikorskiego i byłem bardzo poważnym kompozytorem. Nawet napisałem awangardową operę.


Pierwsza piosenka to była „Dziewczyna zła” – wspólna piosenka z Andrzejem Żuławskim?

Ta piosenka nie została ani nagrana, ani wykorzystana. Ale być może teraz będzie. Żuławski był wierny swojemu tekstowi. W tym ostatnim scenariuszu jaki napisał przed śmiercią było: „Dziewczyna zła ukradła mi…” Nie zapomniał! Ale może hit zrobimy z tego. Wszystko zależy od tego, kto to zaśpiewa i w jakim stylu. Może tkwi w tym potencjał. Kiedyś Czerwono-Czarni to odrzucili. Franek Walicki powiedział: „Muzykę kupuję, ale tekst jest do chrzanu, nie chcę go.”

Ale nie oddał Pan samej muzyki.

Nie, po paru latach z Jerzym Millerem napisałem kolejną piosenkę dla Szczepanika. Muzyka była trochę podobna. To fajny kawałek był. Moim zdaniem nie leżał w stylistyce, która wtedy była modna.

A teraz można wszystko?

Teraz można wszystko i można wszystko przewrócić do góry nogami.

Z Andrzejem Żuławskim przyjaźniliście się od podstawówki?

Ludzie nie mają zwykle o nim dobrej opinii. Raczej uważano go za człowieka mało sympatycznego. Chociaż to nieprawda. Andrzej był fantastycznym facetem przy pierwszym kontakcie. A dopiero potem może wychodziły z niego jakieś takie rzeczy, które ludzi trochę odstraszały. Poza tym on był bardzo surowy w swoich sądach. I tym sobie chyba narobił najwięcej kłopotów. Parę osób, a szczególnie aktorów, reżyserów czy producentów, z którymi miał do czynienia opisał w nie najlepszym świetle w tych swoich książkach. Nie dziwię się, że oni mu to mieli za złe. I dlatego miał tyle kłopotów. On nie miał takiej umiejętności, żeby się wciągnąć w sytuację finansową tego człowieka. Miał za mało empatii w stosunku do innych. Ja jestem zupełnie inny. Zawsze się bardzo lituję, jak podchodzi do mnie ktoś i chce na piwo, czy na bułkę, to ja tego nie osądzam. Nigdy nie odmawiam. Zawsze daję, co podobno jest błędem. Podobno nie powinno się pomagać bezdomnym, że to niby nie rozwiązuje problemu, ale go pogłębia. Ja uważam inaczej. Powinno się. Zawsze. Jesteś w dobrej sytuacji, ty możesz sobie tę bułkę kupić albo piwa się napić, to daj temu człowiekowi. Podziel się.

Czy ta przyjaźń była oparta na przeciwieństwach?

Ja bym tego nie określił tak jednoznacznie. Żuławski był postacią bardzo skomplikowaną. Miał jednak na pewno nieprawdopodobny egocentryzm w sobie. To prawie egotyzm był. Jeżeli on uważał, że coś ma być tak jak on chce, to nie było możliwości, żeby go z tego wyprowadzić. Doszło do tego nawet, że jeżeli mu się coś doradzało - na przykład powiedziałem: „Ale wiesz, Andrzej, może za długie są dialogi w twoim filmie. Przeładowany jest. Wypuśćmy muzykę” – to on tym bardziej jeszcze więcej dodawał! Nie chodziło konkretnie o mnie, ale jak ktoś mu dawał jakieś „dobre rady”, to on uważał, że być może te osoby go podpuszczają, żeby go zepchnąć na manowce. Nieufny był i robił to co chciał. A że z kobietami tak postępował, jak postępował…

Wielu miało mu za złe, że niszczył je na planie. Ale potem te panie dostawały na festiwalach nagrody. A on nie dostawał. Dopiero za „Kosmos” dostał. Za reżyserię. A tak to zarówno Isabelle Adjani, jak i Romy Schneider czy Sophie Marceau – to wszystko były nagrodzone aktorki….

Marceau byłą urocza. Myśmy ją nazywali „Zośka”. Ale nie mówiąc nic Andrzejowi, wszystko wcześniej załatwiła, wzięła syna i prysnęła z powrotem do Francji. Zostawiła go. A byliśmy umówieni, że Sylwestra będziemy razem spędzać.

Dzwonię do Andrzeja, a on mówi: „Zosia mnie opuściła.” No i widziałem, że już był załatwiony. To zresztą był dla niego chyba najbardziej bolesny cios. Potem nie umiał się już podnieść… Nie miał szczęścia do kobiet.

Z Pana książki wyłania się piękny i silny obraz matki.

Dzięki niej zostałem tym, kim jestem. Trochę mnie zmusiła do tego. Zawdzięczam jej naprawdę bardzo dużo. Byłem niesforny, tak jak każdy młody człowiek jest niesforny i być może gdyby nie było tej kurateli… Długo nie myślałem, że zostanę muzykiem. Lubiłem grać, bawić się i improwizować. Od 6. roku życia miałem do czynienia z fortepianem.

Najbardziej podoba mi się historia, w której matka goni Pana wokół stołu…

Z kapciem! Tego nie napisałem, że z kapciem.

…a Pan się chowa w łazience i czeka aż jej przejdzie gniew.

Grałem w piłkę w mieszkaniu i strzeliłem gola. W szybę. Wybiłem ją. Chyba nie byłem szczególnie grzeczny. Różne takie rzeczy się zdarzały i naprawdę miałem dużo szczęścia, że nie stała mi się krzywda. Cieszę się, że nie wysadziłem na przykład domu w powietrze, bo bardzo się interesowałem materiałami wybuchowymi. Mój kolega, który też był pasjonatem chemii, zmieszał różne składniki i chciał troszkę odsypać, żeby nauczycielce podłożyć pod krzesło. W chwili gdy odsypał i korkował butelkę eksplodowała mu w ręku i powyrywała mu palce. Palce były na suficie i na szybach. UB natychmiast przyjechało. To była masakra, bo myśleli, że to był zamach. To nie były fajne czasy. Jakby były czasy stalinowskie, to by nas skasowali. Na szczęście było już po tym okresie.

Chłopaka wysłano do Szwecji i uratowano mu te ręce. On był jeszcze bardziej zwariowany na punkcie materiałów wybuchowych niż ja. Odkryli, że w piwnicy miał tyle materiału, żeby wysadzić całą kamienicę.

Którą muzykę darzy Pan większym uczuciem – rozrywkową czy filmową?

Filmową zdecydowanie. To jest inny świat. Tam się można zapuścić w marzenia, przeżycia. Poza tym - co jest bardzo ważne – muzyka zmienia obraz i mało kto ma świadomość, jak kompozytor oddziałuje na percepcję obrazu i na myśli, jakie ma reżyser. Jeżeli reżyser nie ma ucha i kompozytor napisze niewłaściwą muzykę, to zmieni film! Bardzo często pod wesołą scenę piszę się pod bohatera smutną muzykę. Dlatego, że pisze się muzykę do tego, co on ma w sercu i w głowie, a nie do tego obrazu wesołych ludzi. Muzyka plus obraz w zderzeniu dają dopiero nową wartość. To jest ta wartość dodatkowa.

Tu też pisze Pan pod tekst, czy pod obraz?

Najlepiej pod obraz. Ale jak się zna reżysera, to można pod tekst. Tak napisałem muzykę do scenariusza „Kosmosu” dla Żuławskiego.


Zachęcamy do lektury!

Znam wszystkie wasze numery. Andrzej Korzyński w rozmowie z Marią Szabłowską, Wydawnictwo Agora